cerkiew.pl

Więźniowie, którzy osiągnęli raj (cz. II)

tłum. Michał Diemianiuk, 31 grudnia 2017

 Pięciu mnichów

Pewnego razu, kiedy władyka Izajasz zbierał się do wyjazdu z więzienia, rozmawialiśmy z nim, i on powiedział: „Niektórzy z tych więźniów prowadzą niewiarygodny tryb życia… Oni czytają godziny kanoniczne, nie śpią po nocach, modlą się. Czy kiedykolwiek myślałeś o udzieleniu im postrzyżyn mniszych?” Odpowiedziałem: „Nie, Wasza Ekscelencjo, nigdy nie myślałem o tym”. „Więc pomyślmy o tym razem” – odpowiedział. Minął jakiś czas. Pojechałem do Colorado Springs, żeby odprawić nabożeństwo w tamtejszej cerkwi. Kiedy wszedłem do środka, okazało się, że był tam metropolita Izajasz. Udałem się do niego po błogosławieństwo, i pierwsze, co usłyszałem od niego: „No i co, pomyślałeś o tym, żeby udzielić więźniom postrzyżyn mniszych?” Odpowiedziałem: „Wasza Ekscelencjo, co wyjdzie z tego w takim miejscu jak więzienie?” I on mi odpowiedział: „Ja już wszystko wymyśliłem: ja będę „ihumenem” ich „monasteru”, a wy będziecie ojcem duchowym. Na razie wybierz kandydatów, a podczas mojej następnej wizyty zorganizujemy postrzyżyny”. W rezultacie udzieliliśmy postrzyżyn mniszych pięciu więźniom. Zachodziliśmy do celi do więźnia i nakładaliśmy nań riasę. Metropolita przez kratę czytał modlitwy i dokonywał postrzyżyn mniszych.

W rezultacie jeden z tych więźniów napisał mi długi list, w którym opowiadał, że kiedy nakładaliśmy na niego riasę, „krata dosłownie wyparowała, i pojawiły się setki mężów, odzianych w czerń i z brodami – oni wszyscy byli obecni na moich postrzyżynach. To było coś niewiarygodnego”. Ci więźniowie tak poważnie odnieśli się do swojej wiary!

Więzienie było rozdzielone na dziewięć różnych oddziałów, każdy z których miał swój poziom surowości i służył swoim celom. W jednym z oddziałów trzy lub sześć rzędów, a w każdym rzędzie – dwie grupy cel, po dwanaście na górze i na dole. Więźniowie urządzali swego rodzaju „łączność telefoniczną” ze sobą nawzajem. Przy pomocy rolki papieru toaletowego, którą nakładali na prysznic, więźniowie z siłą wydmuchiwali wodę z rur, dostatecznie daleko, aby rury były puste między twoją celą a celą twojego sąsiada. Oczywiście nie od razu, ale z czasem udało się im urządzić „łączność telefoniczną”. Tak było, że dwóch więźniów z postrzyżynami mniszymi siedzieli w celach, znajdujących się jedna nad drugą. Pewnego razu oni tak siedzieli i rozmawiali o zbliżającym się Wielkim Poście. „Och! Nie mogę doczekać się Wielkiego Postu! Ja tak lubię pościć!” – mówił każdy z nich. U nich wykształcił się plan – czytać w ciągu tygodnia cały Nowy Testament w ciągu całego postu. Tak mijał okres Wielkiego Postu.


Niewiasta w bieli zwróciła się do więźnia: „Weź Mojego Syna!”

Jak łatwo się domyślić, 24 cele mieściły się na dwóch piętrach, i w związku z tym „kontakt telefoniczny” więźniów nie był prywatny. Inni więźniowie lubili słuchać rozmowy swych towarzyszy, bo nigdy nie wiesz, co usłyszysz w takim przypadku. I oto jeden z więźniów-sąsiadów usłyszał pewnego razu rozmowę o poście i głęboko przejął się tym tematem. Wcześniej on nic nie słyszał o prawosławiu, ale teraz był w zachwycie i powiedział sam do siebie: „Nieźle! Wkrótce będę pościć!” Ale on nie wiedział, jak należy pościć, dlatego od pierwszego dnia postu on po prostu w ogóle nic nie jadł! Po całkowitym wstrzymywaniu się od jedzenia w ciągu trzech dni on nocą nagle obudził się, ponieważ ujrzał Niewiastę w bieli, jaśniejącą jasnym nieziemskim światłem. Ona trzymała Dzieciątko na rękach i patrzyła prosto nie niego. Nagle Ona zwróciła się do więźnia: „Weź Mojego Syna!” Mężczyzna tak się przestraszył, że narzucił koc sobie na głowę, ale Niewiasty już nie było. Następnej nocy widzenie powtórzyło się: jasna i jaśniejąca Niewiasta powtórzyła prośbę: „Weź Mojego Syna!” Cud powtórzył się i w trzecią noc. Kiedy następnego dnia obchodziłem więźniów-mnichów, oni powiedzieli mi: „Powinieneś zobaczyć takiego jednego. Z nim dzieje się coś dziwnego”. Tak i zrobiłem, i on opowiedział mi, co z nim się stało. Potem popatrzył na mnie i zapytał: „Ojcze, co to znaczy?” Odpowiedziałem: „Cóż, nie jestem objaśniaczem snów i wizji. Ale wydaje mi się, że zjawiła się tobie Matka Boża i prosiła abyś poświęcił swoje życie Jej Synowi – Jezusowi Chrystusowi”. On zgodził się: „Wiecie, tak i myślałem, że to coś w tym rodzaju!” Kontynuowałem: „Ale jutro przyjedzie człowiek, który jest o wiele mądrzejszy ode mnie. Planuję przyprowadzić go do ciebie, i możliwe, że on da tobie bardziej głębokie objaśnienie”.

Następnego dnia przyjechał metropolita Izajasz, i ja powiadomiłem go o zajściu. Poszliśmy do tego młodego człowieka i władyka poprosił, aby ten opowiedział o wszystkim. On opowiedział wszystko hierarsze, ale on wysłuchał i nic jemu nie odpowiedział. Potem metropolita zwrócił się do mnie i surowo (jeśli widzieliście, jak surowy bywa czasami władyka Izajasz, to rozumiecie, o czym mówię) powiedział: „Ochrzcij go!” Moja reakcja była następująca: „Ależ Wasza Ekscelencjo! Przecież on nawet nie jest katechumenem… On nie wie…” A on do mnie: „Bóg powiedział Swoje słowo! Ochrzcij go! A potem naucz!” Odpowiedziałem: „Tak, Wasza Ekscelencjo!” Szybko zrobiliśmy prace przygotowawcze, ochrzciliśmy go, a potem odbyłem z nim nauczające rozmowy. Oto jak bardzo Bóg kocha tych ludzi! Nawet naczelnik więzienia, który uważał, że powinienem przejść służyć tutaj, przed moim odejściem mówił: „Kapelanie, nie oczekuj żadnych rezultatów z tymi ludźmi. Oni są beznadziejni. Oni oderwali się od społeczeństwa i nigdy nie będą jego częścią”. Ale w cudowny sposób niektórzy z nich już na nowo wlali się w społeczeństwo!


O tym jak były rastafarianin zdał licencjat

Pewien młody więzień był rastafarianinem i nosił dready. Nie mogłem zrozumieć ani słowa z tego co mówił. On potrafił komunikować się tylko w rastafariańskim angielskim slangu, i ja, kiedy znajdowałem się w jego celi, ciągle pytałem: „Co powiedziałeś?” On bardzo się denerwował i kontynuował mamrotanie w swoim narzeczu, ale nic nie mogłem zrozumieć. Ale inny chłopak (do tej pory był już prawosławny – o nim będzie mowa niżej) zbliżył się do niego i zaczął opowiadać o prawosławnej wierze w jego języku. W rezultacie były rastaman przyjął prawosławie i później został wypuszczony z więzienia. Przed wyjściem zwrócił się do mnie: „Batiuszka, wybieram się do takiego oto miasta. Podeślijcie mi proszę cerkiew”. Znalazłem mu grecką parafię i podałem adres i numer telefonu. Kilka miesięcy później zadzwoniła do mnie kobieta z organizacji młodzieżowej tej parafii: „U nas teraz znajduje się młody człowiek. On stoi w moim gabinecie i chciałby porozmawiać z wami”. Potem ona wezwała go i on powiedział: „Ojcze, to niewiarygodne! Oni mi ufają!” poparłem go: „O tak, to nieźle! Oni ufają tobie!” On kontynuował: „Nie, nie, wy nie całkiem mnie rozumiecie! Oni mi ufają! Oni mianowali mnie sprzątaczem, dali mi pracę, kiedy wyszedłem z więzienia! Oni obejmują mnie, kochają mnie! Poprosiłem abym posługiwał w ołtarzu, i kapłan pozwolił mi to robić. Po jakimś czasie zaproponowali mi porozmawiać z młodzieżą i zrobiłem to. W zeszłym tygodniu tu na niższym piętrze zbierało się greckie prawosławne żeńskie towarzystwo filantropijne. Potem im była pora pójść na górę i modlić się. W tym czasie ja sprzątałem ze stołu i takie tam. Wszystkie kobiety wyszły i zostawiły swoje torebki na stole! To zadziwiające, ojcze! Oni ufają mi!”

A teraz kontynuacja historii. Ten chłopak, którego z początku nawet nie rozumiałem, później otrzymał stopień licencjata. I myślicie, że w jakiej sferze? Postępowanie karne! Ale on nie spoczął na laurach i dalej otrzymał stopień magistra również w postępowaniu karnym, a potem został zatrudniony przez wydział probacji [probacja - ogólna nazwa instytucji służących resocjalizacji i prewencji kryminalnej – przyp. tum.] swojego miasta. Sędziowie byli obecni na ceremonii, na której wręczano mu dyplom. Możecie sobie wyobrazić byłego młodego przestępcę, chłopaka-punka, i waszego policyjnego opiekuna, który kiedyś siedział w więzieniu o najsurowszym reżimie na świecie? Jakże wielki i dobry jest Pan, który widzi serca tych ludzi, chociaż społeczeństwo odrzuciło ich, nazwawszy nienaprawialnymi i powiedziawszy, że nic dobrego z nich nie może wyjść!


Buddysta, a teraz prawosławny mnich

A ten chłopak, który pomógł rastamanowi przejść na prawosławie, do tej pory uczył się na buddyjskiego kapłana. Będąc kapelanem, musiałem pomagać wszystkim więźniom (niekoniecznie chrześcijanom), niezależnie od wyznawanej przez nich wiary. W tym przypadku moim zadaniem było sprawdzać, czy on korzystnie otrzymuje korespondencyjne wykształcenie od pewnego senseia z Japonii. Ale w procesie naszego kontaktu on nagle zainteresował się prawosławiem i zaczął oglądać moje materiały wideo. Jeden z nich był na temat Atosu o nazywał się „Tysiąc lat jak jeden dzień”. I oto pewnego razu chłopak mówi mi: „Wiecie, ojcze, wydaje mi się że prawosławni i buddyści mają wiele wspólnego”. Odpowiedziałem: „Czyżby! Co dokładnie?” A on do mnie: „Oto wy korzystacie z kadzidła – i my wykorzystujemy kadzidło. Wy dzwonicie w dzwony, i my robimy to samo”. Odpowiedziałem: „Tak, w tym jesteśmy podobni!” On kontynuował: „A jeszcze i wy, i my praktykujemy wewnętrzną modlitwę” i wtedy zaproponowałem: „A nie chciałbyś poczytać jakieś książki o naszej wewnętrznej modlitwie?” I dałem mu literaturę o modlitwie Jezusowej. I on zaczął uważnie czytać, a także coś z wczesnych Ojców. I pewnego pięknego dnia, kiedy zaszedłem do niego, chłopak powiedział mi: „Ojcze, jeśli ktoś taki jak ja zechciał przejść do prawosławia, czy prawosławna Cerkiew przyjęłaby takiego człowieka?” Odpowiedziałem: „Oczywiście!” I wkrótce miałem radość ochrzcić go. A z czasem on wyszedł z więzienia i już kilka lat żyje na wolności. Ten były buddysta był jednym z tych, którym postanowiliśmy nie udzielać postrzyżyn mniszych, ponieważ wiedzieliśmy, że mają niedojrzały wiek, kiedyś znajdzie się w świecie ze wszystkimi jego zgorszeniami, nie wiedząc, dokąd go może zaprowadzić. Ale on zawsze mówił mi: „Batiuszka, ja pragnę monasterskiego życia. Czuję to powołanie od Pana”. I jestem rad powiadomić, że we wrześniu zeszłego roku ten mężczyzna, już będąc na wolności, został postrzyżony na mnicha w Kalifornii. Wstrząsająca historia!


„Ojcze, chcę wrócić do swojej wiary!”

Powtórzę się: to ci ludzie, o których zapomniało społeczeństwo, powiedziawszy, że nie warto tracić na nich czasu. Ale my zatrzymujemy się i rozmyślamy o tym: „Panie, jak to możliwe, że my tak łatwo gardzimy tymi, kto jest stworzony na Twój obraz i podobieństwo? Jak możemy łatwo powiedzieć im: nie, wy już nie jesteście ludźmi?” Jakim by „ciemnym” i „brudnym” nie stał się obraz Boży w tych ludziach, mimo wszystko zawsze i dla każdego, kto znalazł się w więzieniu, jest jeszcze nadzieja.

Do naszego więzienia trafił pewien mężczyzna, czyjego nazwisko brzmiało bardzo „grecko”. On z jakiegoś powodu znalazł się na liście muzułmanów. Pomyślałem: „Jasne. Ten chłopak – muzułmanin?” Ale mimo wszystko zacząłem mu przesyłać islamską literaturę. Tak minął około rok, kiedy w końcu on zatrzymał mnie i powiedział: „Ojcze, nie jestem muzułmaninem”. Odpowiedziałem: „Ja też w to nie wierzyłem. Ale ty jesteś u nas na liście jako muzułmanin”. „Grek” odpowiedział: „Ojcze, jestem prawosławny”. Zareagowałem: „Hmm…” I on opowiedział mi swoją historię. Ten chłopak był prawosławny i od dzieciństwa, co niedzielę, posługiwał kapłanowi w ołtarzu. Ale kiedy miał 14 lat uciekł, został dzieckiem ulicy, wpadł w konflikt z prawem i w rezultacie trafił do więzienia szczególnie surowego reżimu. I oto ze łzami zawołał: „Jak mam to wszystko cofnąć? Ja chcę wrócić do swojej wiary!” i wkrótce połączyliśmy go z Cerkwią poprzez pokajanie. I życie „Greka” przemieniło się. Teraz on jest na wolności i prowadzi porządne życie.


Widzenie więźnia

Pewnego razu z matuszką i całą rodziną pojechaliśmy do „Jońskiej wioski” [1], gdzie służyłem jako dyżurujący kapłan. Częścią tego programu było odwiedzenie monasterów i innych świętych miejsc, i oto przybyliśmy do monasteru świętego Łukasza. Byliśmy tam razem z dziećmi z „Jońskiej wioski”; było szumnie, i planowaliśmy odprawić całonocne czuwanie w głównej cerkwi monasteru. Ale do służby jeszcze był czas, i postanowiłem wymknąć się na kilka minut, żeby pomodlić się w ciszy samemu. Wszedłem do maleńkiej klasztornej kaplicy i padłem na twarz przed królewskimi wrotami. Tylko co zacząłem modlić się w takim położeniu, jak nagle popatrzyłem do góry i zobaczyłem oblicze jednego ze swoich więźniów, który w tym czasie znajdował się daleko, w Kolorado (a ja byłem w Grecji). Jego twarz była na tyle jasna, jakby on realnie stał przede mną. Zapytałem w modlitwie: „Panie, dlaczego widzę tego człowieka?” to był Afroamerykanin, który nie przejawiał najmniejszego zainteresowania prawosławiem. W końcu wróciłem do domu. Czułem, że powinienem porozmawiać z tym człowiekiem. Ale minęły jeszcze dwa tygodnie. I oto zatrzymałem się przed jego celą i nijak nie mogłem postanowić opowiedzieć mu o swoim widzeniu… Ale mimo wszystko pewnego dnia zagadałem z nim: „Chcę z tobą porozmawiać. Oglądałeś coś z moich filmów o wyjeździe do Grecji?” (Póki byliśmy w Grecji, nagrałem wielogodzinne materiały wideo i po przyjeździe pokazywałem je więźniom) I on odpowiedział: „O, tak! Obejrzałem je wszystkie!” I opowiedziałem mu o swoim widzeniu. Oczy Afroamerykanina zrobiły się wielkie, i on zawołał: „Dlaczego właśnie ja? Dlaczego widzieliście mnie?” A ja mu w odpowiedzi: „Nie wiem. Ale twoja twarz była tak samo jasna, jak tu teraz”. I dałem mu poczytać folder o monasterze świętego Łukasza. I tak jedno wydarzenie pociągnęło za sobą drugie, i w rezultacie ochrzciłem Afroamerykanina z imieniem Łukasz ku czci świętego Łukasza!


35-milimetrowa kostka do gitary „Martin”

Jeden z oddziałów naszego więzienia był swego rodzaju „zaszczytnym”. Tu więźniom dawano szansę poprzez pracę zasłużyć na zaufanie i powrócić do zwyczajnego więzienia z więzienia o szczególnie zaostrzonym rygorze. Ale przed tym należało przejść wiele „stopni” zaufania. Kiedy następował ten końcowy etap, mogłem zachodzić do tych więźniów i odprawiać u nich nabożeństwa. Miałem tam trzech prawosławnych, i zacząłem służyć w niedziele wieczorami. Wśród tych którzy przychodzili był jeden nieprawosławny, ale jemu mimo wszystko podobało się przychodzić na nabożeństwa. Pewnego razu on zagadał ze mną: „Wiecie, w „poprzednim” życiu byłem profesjonalnym muzykiem. Batiuszka, ja tak tęsknię za grą na gitarze!” Odpowiedziałem: „Mam gitarę. Przyniosę ją następnym razem i będziesz mógł przed nabożeństwem zagrać jakąś melodię”. Tak i uczyniłem, i on pograł na gitarze. To powtarzało się co niedzielę. I chłopak zachowywał się bardzo dobrze.

Pewnego razu on powiedział mi: „Ojcze, ja mogę zmusić gitarę aby śpiewała. Ale do tego potrzebna mi jest kostka. I nie zwykła kostka, a 35-milimetrowa do gitary „Martin”. Wtedy dopiero bym wyczyniał!” Odpowiedziałem: „No cóż. Pomyślę, co można z tym zrobić”. Ale każdej niedzieli z jakiegoś powodu zapominałem przynieść mu kostkę! I za każdym razem, oprzytomniawszy, mówiłem sobie: „Boże! Znowu zapomniałem kostki!” wtedy wziąłem plastikowy zacisk od paczki z chlebem i powiedziałem: „Przyniosłem takie coś. Może być?” I chłopak odpowiedział: „Nie, ojcze. Potrzebuję 35-milimetrową kostkę do gitary „Martin””. Potem pojechałem na kilka tygodni, a kiedy przyjechałem i znowu pojawiłem się w tym oddziale w niedzielę, ten chłopak powiedział mi: „Ojcze, nie uwierzycie!” (Należy powiedzieć, że za pierwszym razem ten chłopak powiedział mi, że nie wie czy wierzy w Boga, ale towarzysze namówili go aby pochodził na cerkiewne nabożeństwa). On kontynuował: „Postanowiłem wystawić Boga na próbę. I w modlitwie poprosiłem: Boże, jeśli jesteś, to podeślij mi 35-milimetrową kostkę do gitary „Martin””. Pomyślałem sobie: „Ach, przecież ja znowu zapomniałem!” Teraz wszyscy więźniowie pracowali w pewnej niewielkiej fabryce. Każdy z nich musiał przejść przez wykrywacz metalu przy wejściu i wyjściu. Fabryka znajdowała się na terenie więzienia, ale daleko od cel. I oto przyszła kolej chłopaka przejść przez wykrywacz metalu… on podszedł, popatrzył w dół – i zobaczył leżącą na ziemi kostkę! Podniósł ją, i okazało się, że to właśnie 35-milimetrowa kostka do gitary „Martin”! I przy najbliższym spotkaniu on pokazał mi ją, i powiedział: „Batuszka, wieźcie. Ja nie mogę trzymać jej przy sobie! Teraz wierzę w Boga! Jak kostka mogła znaleźć się w takim miejscu, tylko Bogu wiadomo!”


„Prosimy wszystkich o modlitwę za nas”

To niewiarygodne, jak bardzo Bóg kocha tych ludzi!

W Ewangelii mówi się, że kiedy Syn Człowieczy przyjdzie w chwale Swojej i wszyscy święci aniołowie z Nim, wówczas siądzie na tronie sławy Swojej… wtedy powie Król tym, którzy są po prawicy Jego: przyjdźcie, błogosławieni Ojca Mego, odziedziczcie królestwo, przygotowane wam od stworzenia świata: gdyż… byłem w więzieniu, i przyszliście do mnie. Wtedy sprawiedliwi odpowiedzą Mu: Panie! Kiedy… widzieliśmy Cię w więzieniu i przyszliśmy do Ciebie? I Król odpowie im: zaprawdę mówię wam: to co uczyniliście jednemu z tych braci Moich mniejszych, Mnie uczyniliście (por Mt 25, 31-40). Dzisiaj, zajmując się prawosławną służbą w amerykańskich więzieniach, musimy prowadzić walkę. Chcecie to wierzcie, nie chcecie to nie, ale w USA są stany (włączając do niedawna i mój stan Kolorado), gdzie prawosławne chrześcijaństwo nie jest uznaną prawnie religią! Musieliśmy nawer pojechać do niektórych stanów i „wywalczyć” to uznanie. Dokonaliśmy tego w Massachusetts, w Indianie. U siebie w Kolorado spotykałem się z głową departamentu zakładów penitencjarnych, który okazał się prawosławny. Powiedziałem mu: „Nam nie pozwalają jeździć do więzień, uważają że jesteśmy nieuznawaną prawnie religią”. On odpowiedział: „Zatroszczę się o to!” I dotrzymał słowa. Teraz już nie jesteśmy „nieformalnymi” w stanie Kolorado!
Ale kiedy zwracamy się do administracji więzień w innych stanach, oni odpowiadają: „Prosimy, przyjeżdżajcie! Jesteście nam potrzebni Wprowadzajcie swoje programy! To jest dobre! Chcemy ściśle współpracować z prawosławną Cerkwią!” Ale nasza praca jest bardzo ograniczona, i prosimy wszystkich aby modlili się za nas, żeby nasza służba rozprzestrzeniała się po wszystkich stanach kraju. Naszym celem jest stworzenie zespołów prawosławnych pracowników służby więziennej w każdym stanie, żeby przyciągać wolontariuszy i kierowników, którzy z kolei będą koordynować pracę wszystkich chcących nieść światło prawosławia do amerykańskich więzień, duchownych i świeckich. u nas w więzieniach są już prawosławni. W więzieniu jednego ze stanów jest już czterech prawosławnych. Kapelan Patrick, dyrektor OCPM, zadzwonił do pewnego kapłana i poprosił: „Mamy w więzieniu niedaleko od was czterech prawosławnych. Macie chęć przyjechać?” Kapłan na początku zainteresował się ich narodowością, a potem powiedział: „Niech oni sami o siebie się troszczą”. Panie, zmiłuj się nad nami!

Naszym zadaniem jest, żeby kapłani i świeccy, myślący takim sposobem, zostali oświeceni i zaczęli odwiedzać tych więźniów, pomagać im. OCPM bezpłatnie rozpowszechnia tony prawosławnych materiałów. Jeśli mężczyzna lub kobieta pisze do naszego biura z więzienia: „Interesuję się prawosławiem (albo: jestem prawosławny/a). Przyślijcie, proszę, cokolwiek”, to my momentalnie przysyłamy duchową literaturę, modlitewniki, ikony.


Posłowie

Zgodnie z informacjami, przekazanymi przez samego ojca Stephena, od momentu publikacji tego artykułu, zaszły pewne zmiany.

Po pierwsze, Piotr – były rastaman, który otrzymał stopień magistra postępowania karnego – został zaproszony do Białego Domu, żeby wyjaśnić, w jaki sposób opracowany przez niego program probacji stał się najskuteczniejszy w kraju.

Po drugie, kapłan, który odmówił odwiedzenia prawosławnych w lokalnym więzieniu tylko z powodu ich narodowości, później przemyślał to, przyjechał do nich i od tej pory polubił więzienne służenie, upodobniwszy się do syna z ewangelicznej przypowieści, który na początku powiedział „nie chcę”, ale potem pokajał się i poszedł pracować do winnicy ojca.

Po trzecie, ojciec Stephen prosi o modlitwę za ikonografa Antoniego, o którym była mowa wyżej, ponieważ nie wytrzymał on ciężkich warunków więzienia, i jego wiara zachwiała się. Niech umocni go Pan!


[1] Oficjalna nazwa międzynarodowego, corocznego, letniego obozu greckiej prawosławnej archidiecezji Ameryki, położonego na brzegu Morza Jońskiego, na zachodzie Peloponezu.


Ks. Stephen Powley

za: pravoslavie.ru
fot. za: pravoslavie.ru