cerkiew.pl

Powody do radości

tłum. Justyna Pikutin, 28 czerwca 2020

“Radujcie się zawsze w Panu; jeszcze raz powtarzam: radujcie się!” (Flp 4,4) - to jedno z wielu przykazań apostoła Pawła. Przykazanie ważne i potrzebne - przecież potrzebujemy i chcemy radości, bo jaka to przyjemność - smucić się. Tylko jak je wypełnić...

Oczywiście można pójść najprostszą drogą - bez względu na to, co się wydarzy, mówić sobie: “U mnie wszystko dobrze, a nie... nawet wspaniale. I odczuwam radość!”. A przy tym nie zapominać się uśmiechać - dokładnie tak samo, jak obcokrajowcy lubiący demonstrować cuda współczesnej stomatologii. Ale to, po pierwsze, męczące i prędzej czy później się znudzi. A po drugie, nie ma nic wspólnego z tą radością, o której mówi apostoł.

Radość - to przede wszystkim stan ducha, a to czy jest on okazywany, czy jednak skrzętnie skrywany - to już pytanie indywidualne. Ten stan powinno coś wywoływać, warunkować. Przecież człowiek zawsze cieszy się z jakiegoś powodu. Prawdę mówiąc, właśnie dlatego radość zazwyczaj ma charakter chwilowy i fragmentaryczny: kiedy jest coś budzącego radość - cieszymy się, a kiedy nie - nie ma też radości. Jednak apostoł Paweł mówi o źródle bezustannej radości - z Boga. Żyj Nim, pamiętaj o Nim przez cały czas, czuj bezustannie Jego obecność w swoim życiu i wtedy zrozumiesz czym jest radość, która jest z tobą zawsze.

Niestety, to nie jest takie proste... Nasze serce jest zbyt słabe, zbyt cielesne i dlatego trudno jest nam w każdej chwili w swoim życiu dostrzegać Boga. Jednak mamy inne oczy - te same, które zostały nam dane, byśmy widzieli otaczający nas świat. A szczególnie to, co ma na celu przypominać nam o Bogu. Takich rzeczy - świadectw miłości, troski i mądrości Bożej - jest niezliczona ilość. I chciałbym w kilku słowach powiedzieć tu tylko o jednym rodzaju świadectwa - przez ludzi, których Bóg zsyła nam na pocieszenie. To znaczy - chcę powiedzieć o dobrych ludziach.

Kiedyś metropolita Beniamin (Fiedczenkow) napisał o takich ludziach całą książkę i nawet tak ją zatytułował: “Dobrzy ludzie”. A to nie dlatego, że chciał podkreślić, że pozostali są źli. Po prostu widocznie chciał utrwalić w pamięci swojej i czytających obrazy tych, którzy budzili w nim samym radość.

Przecież to tak znajome... Czasami nic się nie układa! Ani światła, ani pocieszenia - tylko mrok. Wydaje się, że życie - to bezgraniczna męczarnia, ciężar, smutek, że świat jest tak oziębły, obojętny, a czasami nawet wrogi! I oto spotykasz człowieka, który niechcący, nie uparcie, a naturalnym sposobem bycia, zachowaniem, postępowaniem udowadnia, że nie wszystko jest tak ponure, nie jest aż tak beznadziejnie, że nawet w tym złym i bezdusznym świecie jest miejsce na miłość. Zdarza się, że wystarczy być naocznym świadkiem jakiegoś wydarzenia - niekoniecznie jego uczestnikiem - by dusza napełniła się radością i przypomniała sobie o tym, Kto jest Źródłem i Początkiem tej miłości i troski.
 
***

Zima. Ta sama, ostatnia, kiedy tak wielu ludzi nie przeżyło “anomalnych mrozów”, wydawałoby się w zupełnie przyzwoitych rosyjskich miastach. Lub straciło palce na rękach i nogach. Albo na całe życie przeziębiło nerki... I oto jadę w te anomalnie mroźne dni przez Saratow i widzę, że na skrzyżowaniu niedaleko od Siennego leży na ziemi człowiek. Pierwsza “instynktowna” reakcja - wyjść z samochodu i spróbować go podnieść. Jednak zauważam, że już jakiś mężczyzna w średnim wieku próbuje mu pomóc, więc przejeżdżam obok. Mimo to w sercu jakoś tak nieswojo. Robię krąg, wracam i widzę że mężczyzny już nie ma, a na jego miejscu jest dwóch młodych, na oko 20-letnich mężczyzn. Wychodzę i podchodzę do nich. Już z daleka słyszę ich zdezorientowany dialog: “Co z nim zrobić?” - “Może połóżmy go gdzieś na ławkę?”

Jednak nie ma w pobliżu odpowiedniej ławki. Podchodzę i jakimś cudem wytrząsam z zamarzającego (a był to pijany, choć zupełnie przyzwoity 30-letni człowiek) adres jego domu. Tylko co z nim dalej robić? I wtedy kolejny cud: ci sami młodzi ludzie wyrażają gotowość pozostawienia wszystkich swoich spraw i jechania ze mną, by odtransportować go do domu. Ryzykując, że może on na nich zwymiotować.

A w domu - mama tego człowieka. I, jakby to powiedział O’Henry, jeśli nie “jawne ubóstwo”, to “wymownie milcząca bieda”. Po tym, jak zanieśliśmy biedaka do jego pokoju i ułożyliśmy do łóżka okazuje się, że jego mama musi iść do sąsiadki, by pożyczyć pieniądze, ponieważ nie ma gotówki. Sięgam do kieszeni i dociera do mnie, że nie mam ze sobą pieniędzy. I wtedy jeden spośród moich współtowarzyszy wyjmuje portfel, z którego wyciąga 2 tysiące rubli (zdaje się wszystko, co tam było) i oddaje jej. Przy czym oczywiste jest, że ta gotowość nie jest uwarunkowana moją propozycją zwrócenia mu pieniędzy.

... Nie wiem, czy to ja stałem się tak sentymentalny, czy chodzi o coś innego, ale tak się czułem, jakby Bóg w ten mroźny dzień zesłał mi na pomoc dwa Anioły.
 
***

Również zima. Nie tak zimno, ale za to wszystko pokryte lodem. Również chodnik, na którym ze względu na brak innego miejsca parkingowego chcę zaparkować - na chwilę i tak, by nikomu nie przeszkadzać. Parkuję, przeskakując przez nie wiadomo w jaki sposób utworzoną lodową krawędź... Naprawdę wracam bardzo szybko. Jednak nieszczęście: nie mogę już ruszyć z miejsca. Koła ślizgają się po lodzie, ta sama krawędź staje się zupełnie nie do pokonania na wstecznym. Dzień jest taki, że praktycznie na tej uliczce nie ma ludzi. Zdaje się był to 23 lutego. Pierwszą osobą, która pojawiła się w polu widzenia, był solidny mężczyzna z pitbullem na smyczy. Widzi moje mytarstwa, przywiązuje swego towarzysza do ogrodzenia i śpieszy mi z pomocą, by przepchnąć samochód. Jednak to nie jest łatwe, to zbyt ciężkie zadanie dla jednego człowieka.

Jednak sam pozostaje niedługo. Przechodzący obok przedstawiciel północno-kaukaskiego regionu dołącza do procesu z takim zaangażowaniem, że można byłoby pomyśleć, że okazywanie pomocy nieudolnym kierowcom to jego zawód. Albo przynajmniej hobby. Jednak również we dwóch ich trudy są na nic: samochód ślizga się, a ja obawiam się, by któryś z nich nie potknął się i nie wpadł pod mój samochód. Pitbull, naciągając smycz i ryzykując wyrwaniem z ziemi ogrodzenia, z ogromnym zainteresowaniem przygląda się temu, co się dzieje. W mojej głowie zaczynają świtać myśli, że może dobrze by było i jego dołączyć do procesu... Jednak te myśli są zdecydowanie nierealne. I zbędne. Ponieważ do moich wybawców dołącza jakiś silny dziadek; z entuzjazmem wykrzykuje przy tym coś nienadającego się do cytowania. Tym trzem zupełnie niewiele brakuje, by ich trud został zwieńczony sukcesem. Do tego “ciut-ciut” we trójkę werbują drobnego młodzieńca, który pogrążony w swoich myślach przechodził obok; zaprzęgają go do pracy i samochód w końcu wytacza się na przejezdny teren. Dziękuję im - chciałoby się wręcz objąć każdego, włącznie z pitbullem - za nieobojętność. I widzę, jak rozchodzą się oni w różne strony, by nigdy więcej najprawdopodobniej się nie spotkać. Rozchodzą się ci, którzy zeszli się, by zrobić coś małego, a zarazem dobrego. To znaczy - to dobrzy ludzie.
 
***

Wraz z dwoma moimi kolegami - duchownymi - zachodzimy do sklepu. Jest już późno, ale nasz “dzień pracy” zakończył się dosłownie przed chwilą. Jesteśmy głodni, a o tym czym można byłoby ten głód zaspokoić, wcześniej nie pomyśleliśmy. Tak więc pozostaje tylko ten sklep całodobowy... Koledzy już przy kasie, a ja zatrzymuję się, by coś zobaczyć i słyszę głos:
- Oho, popy balują!
Widzę przed sobą dobrze ubranego, zadbanego człowieka z młodą dziewczyną, wesoło patrzącego na mnie. A mi z jakiegoś powodu zupełnie nie jest do śmiechu. Niedawno przyjechaliśmy z Moskwy po tym, jak niemałą część życia spędziliśmy w monasterze i zupełnie odzwyczailiśmy się od chodzenia po sklepach; nieprzystosowani do zwykłego życia, poznajemy wszystkie specyficzne zasady życia parafialnego i szerzej - życia w Saratowie. A tu jeszcze taki głos ludu. Ponuro idę do kasy. Ale coś mnie tknęło, zawracam i podchodzę do tego samego mężczyzny:
- Przed chwilą powiedział pan taką frazę...
- Nie, nie... co pan... Nic złego nie miałem na myśli...
- Nie, proszę posłuchać! Jesteśmy zwykłymi, żywymi ludźmi, późno zakończyliśmy swój dzień pracy i jesteśmy głodni, zaszliśmy tu, by kupić coś do zjedzenia. Dlaczego musimy wysłuchiwać podobnych opinii?
- Proszę mi wybaczyć... Nie chciałem was obrazić. Jestem wierzący, jeśli chcecie wiedzieć - jestem członkiem rady miasta!

Wcale z tego powodu nie jest mi lżej. A dodatkowo czuję wstyd za swój wybuch...

Mija rok. W tym samym składzie, w tym samym sklepie, w takich samych okolicznościach, o tej samej porze. Płacimy przy kasie i oto okazuje się, że brakuje nam pieniędzy. Chwilowe zamieszanie. Trzeba iść odłożyć coś z koszyka...
W kolejce lekkie rozdrażnienie.
- Czyż ja nie pomogę duchownym - nieoczekiwanie złości się zdecydowanie na samego siebie człowiek stojący tuż za nami. Jest z Kaukazu i brzmi to charakterystycznie, emocjonalnie. Jednak pojawiają się u niego również konkurenci.
- Spokojnie! Ja za nich zapłacę!
Ktoś zdecydowanie przepycha się ku nam. Ten sam członek rady miasta. Nie odmawiamy przyjęcia pomocy. Kwota jest niewielka, a i nie chcemy go urazić.
- Pamiętacie mnie?
- Oczywiście. Jest pan radnym.
- Już nie.
Żegnamy się i nie wiadomo dlaczego - szkoda go. Może dlatego, że nie jest już radnym, może dlatego, że tym razem jest sam, bez partnerki, a może z innych powodów.
 
***

Opowiedziałem te sytuacje nie dlatego, że są one szczególnie wyjątkowe i porażające. Przeciwnie - ponieważ są one najprostsze i codzienne. Jednak każda z nich, tak jak i wiele innych, podobnych, nieco ogrzała duszę, dodała radości, wpuściła do serca kropelkę miłości do tych ludzi i zmusiła do wspomnień o Tym, Który kocha ich zawsze. Zarówno ich, jak i mnie.

Dobrych ludzi, tak jak powodów do radości, zawsze jest więcej niż się wydaje. Po prostu należy mieć oczy szeroko otwarte, by ich dostrzec. I coś jeszcze - trzeba umieć dostrzegać nawet najmniejsze dobro, przecież jest to w naszym interesie. I samemu czynić dobro. Wtedy łatwiej dostrzegasz cudze i cenisz je bardziej. I bardziej - odczuwasz radość.

Ihumen Nektariusz (Morozow)

za: pravoslavie.ru

fotografia: marian_do /orthphoto.net/