cerkiew.pl

Andrzeja Romanowskiego płacz nad prawosławiem [Recenzja]

Anna Radziukiewicz, 13 maja 2020

"Płacz nad prawosławiem" to tytuł eseju, z podtytułem "Płonące cerkwie w oazie tolerancji" Andrzeja Romanowskiego, zamieszczonego w dodatku do "Gazety Wyborczej" "Ale Historia" z 11 maja (poniedziałek).

Autor, laureat ubiegłorocznej edycji Nagrody Księcia Ostrogskiego, jest profesorem polonistą i literaturoznawcą. Pracuje na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego i w Instytucie Historii Polskiej Akademii Nauk. Jest redaktorem naczelnym Polskiego Słownika Biograficznego.

Esej jest publicystycznym wydarzeniem. Autor połączył w nim swą rozległą i ugruntowaną wiedzę na temat dziejów literatury Rzeczypospolitej w jej ruskim oddechu i historii dwójpaństwa polsko-ruskiego, ze swym doskonałym warsztatem publicystycznym. By ująć dzieje kultury ale i państwa od końca XV wieku do okresu międzywojennego XX wieku w jednym tekście (na dwie i pół kolumny), trzeba mieć dar słowa pisanego.

To esencja argumentów. To polemika nie tylko z myślą Jarosława Kaczyńskiego, że Polska jest "wyspą wolności i tolerancji", wypowiedzianą 10 września 2017 roku na jednej z miesięcznic smoleńskich, to polemika z absolutnie dominującym myśleniem współczesnych Polaków, przekreślającym wagę jakiegokolwiek wkładu ruskiej kultury i myśli w dzieje wspólnego państwa nazwanego polsko-litewskim, w którym ruski komponent był tak ważny.

W eseju jak refren przewija się uwaga: "Ale Polska była katolicka (rzymskokatolicka)". I dlatego - taki jest podstawowy wydźwięk tekstu - nie wykorzystała prawosławia, które wprowadzało ją do kultury ogólnoeuropejskiej, poprzez choćby cyrylickie druki, do budowania uniwersalnej kultury. Nie wykorzystała potencjału ugodowego właśnie i pokojowego prawosławia (czasy metropolity Piotra Mohyły, XVII w, metropolity Dionizego (Waledyńskiego), okres międzywojenny) do budowania potęgi Rzeczypospolitej, różnorodnej kulturowo.

Uwierzyła tym, którzy prawosławnych nazwali "schizmatykami", na przykład Janowi Sakranowi, znanemu jako Jan z Oświęcimia, który Rusinów nazwał najgorszymi ze schizmatyków, biskupowi wileńskiemu Wojciechowi Taborowi, którego Romanowski nazywa księdzem Rydzykiem tamtych czasów, Piotrowi Skardze rodem z Mazowsza, gdzie tuż przed jego urodzeniem wybijano jeszcze zęby za złamanie postu, wychowankowi jezuitów, zajadłemu wrogowi prawosławia. Uwierzono politykom okresu międzywojennego, którzy doprowadzili do wyburzenia co najmniej 127 cerkwi.

Romanowski widzi w eseju związek między więdnięciem I Rzeczypospolitej i jej ostatecznym upadkiem a nietolerancją wobec prawosławia i w ogóle ruskiego świata, tak intensywnie obecnego w Rzeczypospolitej.

Esej pisany przez Polaka katolika, adresowany do Polaków, brzmi zdecydowanie bardziej wiarygodnie dla polskiego czytelnika, niż gdyby został napisany przez autora prawosławnego, Ruskiego. Tu nie może być zarzutu, że argumenty zostały specjalnie dobrane, poprzez ich preparację, by obronić tezę o ważności ruskiego komponentu w dziejach Rzeczypospolitej i ugodowego charakteru prawosławia, za wyjątkiem sytuacji, kiedy po jego uniżeniu i próbie wymazania z mapy państwa (wiek XVII) dochodziło nawet do rozlewu krwi.

Nietolerancyjna polityka, poczynając od czasów Kazimierza Wielkiego (XIV w.), wobec prawosławia, to przede wszystkim zaprzepaszczona szansa Rzeczypospolitej na jej wielkość kulturową ale i polityczną - to główne przesłanie eseju Andrzeja Romanowskiego.

Fotografia: Michal.P / orthphoto.net /