cerkiew.pl

Spowiedź jako sąd?

tłum. Gabriel Szymczak, 05 kwietnia 2020

Pewien człowiek ukradł dwie kury z kurnika duchownego. Po jakimś czasie zdecydował się pójść i wyznać to.
„Ojcze, ukradłem dwie kury”.
„Odnieś je z powrotem”.
„Czy chcesz je?”
'Ja? Nie. Oddaj je człowiekowi, któremu je ukradłeś.
„On ich nie chce”.
„W takim przypadku - zatrzymaj je”.

Bardzo często mam podobny zamiar: chcemy kręcić, to znaczy unikać mówienia całej prawdy. Biorąc pod uwagę liturgiczną porę roku pomyślałem więc, że mogę dokonać kilku wyjaśnień na temat tego ogromnego tematu, jakim jest spowiedź i odnieść się do wielu nieporozumień, które zwykle powoduje.
Wydaje się nam czasem, że pójście do spowiedzi oznacza udział w sprawie sądowej. W rzeczywistości wielu ludzi przychodzących do spowiedzi mówi nawet: „Jak mnie teraz osądzisz, ojcze?”
Wygląda na to, że oni myślą, że są przed sędzią, (a przecież sąd należy wyłącznie do Boga), więc oczywiście martwią się i boją – tak jak każdy z nas, kiedy staje przed sądem.

Ale jeśli myślisz o spowiedzi jako o sądzie, powinieneś wiedzieć, że ten sąd wydaje jedynie wyroki uniewinniające. Idziesz bowiem do spowiedzi, aby zostać uznanym za niewinnego, a nie być potępionym. Idziesz dokładnie po to, aby uniknąć orzeczenia o winie. Widać więc, że błędna identyfikacja sedna spowiedzi - świadoma lub nieświadoma – prowadzi do jej niezrozumienia.

Wcześniej, kiedy usłyszeliśmy ten żart ze wstępu, mogło się nam wydać zabawne, że mężczyzna oszukał duchownego, że formalnie miał przecież rację, a w rzeczywistości był przebiegły.

Właśnie tu pojawiają się pewne kwestie wymagające wyjaśnienia. Co oznacza skrucha? Co się pod nią kryje? To pytanie obnaża wiele nieporozumień.
Kiedy słyszymy to słowo, o czym myślimy od razu? Że jest to słowo Kościoła, słowo religijne, wyrażenie z języka religijnego. Ale czy to nie jest też nasz język? Czy nasze doświadczenia religijne są częścią naszego życia, czy są poza nim? Faktycznie, czasem mogą one być nam jednak obce. Bardzo często sami wprowadzamy pewne zamieszanie - wyobrażamy sobie, że nasza relacja z Kościołem jest tą częścią naszego życia, która jest jakoś na marginesie - to okazja do uczty (Boże Narodzenie lub Wielkanoc); to wydarzenie, które tak naprawdę nie wpływa na nas całościowo, ale działa trochę na myśli, albo na jakiś zakątek mózgu - jeśli na to pozwolimy. I w obecnych czasach większość ludzi (żyjących po prostu dniem dzisiejszym) uważa, że są to działania, które ich nie dotyczą.

Być może jesteśmy winni ich postawy. My sami mamy złą perspektywę, a oni to widzą i rozumieją jeszcze bardziej błędnie. Widzą to i mówią: „To mnie nie dotyczy. Nie mam zamiaru grzebać się w błocie”. Postrzegają bowiem spowiedź jako zajmowanie się tym, co jest brudne, złe, zepsute.

Mówienie o tych sprawach kończy się stereotypowymi zwrotami - istnieje bowiem stereotypowy język kościelny, w którym są pojęcia „życie duchowe”, „osoba uduchowiona”, w którym mówi się o tym, co robi się w „życiu duchowym”.

Jednak jak wiele mamy żyć? Tylko jedno - nie dwa. Nikt z nas nie może być też dwoma osobami, jedną na zwykłe dni, a drugą na niedziele; jedną na oficjalne okazje, a drugą na nieformalne; jedną na pokaz, a drugą ukrytą; jedną, która chce być widziana i drugą, która działa za zasłoną. Wszystkie tego rodzaju zamieszania powstają - jak powiedziałem wcześniej - ponieważ nasze życie religijne nie stanowi integralnej części całego naszego życia.

Teraz coś ważnego - jest tu szczegół, który wymaga wyjaśnienia.

Próba zdefiniowania „życia religijnego” prowadzi do ograniczonego rozumienia naszego całego życia. Co bowiem sobie wyobrażamy? Że „życie religijne” jest chodzeniem do cerkwi? Mniej lub bardziej zasadniczym przestrzeganiem pewnych reguł? Czyli - jeśli tak czynię, to jestem w porządku. Poza tym mogę robić cokolwiek. Jednak nauczanie Kościoła i natura rzeczy mówią, że to Chrystus jest Kościołem. A dla ludzi Kościół jest życiem. Jeśli nie przyjmiemy tego do siebie, będziemy tkwić w konfuzji.

Cierpimy z powodu tego zamieszania: wyobrażamy sobie Chrystusa i Kościół jako idee i problemy duchowe, podczas gdy nasze życie jest codzienną rutyną, biegnącą swoim własnym tempem, można rzec – porywającą nas i wprowadzającą w konfuzję.
Chrystus tymczasem nie przyszedł na świat, aby dać ludziom życie duchowe! Pomyśl o tym tak po prostu: często używamy wyrażenia „oni są ludźmi ducha” mówiąc o tych, którzy zajmują się literaturą; mówimy również o „życiu duchowym” w przypadku angażowania się w pisma teologiczne, chociaż wcale jest to życie duchowe.

Jest tylko życie z Chrystusem i Kościołem oraz życie bez Chrystusa i Kościoła. Różnica tkwi w istocie, a nie w koncepcji.

archimandryta Teodozjusz (Martzoukhos)

za: Pemptousia

fotografia: igors /orthphoto.net/