cerkiew.pl

Nowy Rok

tłum. Joachim Jelisiejew, 13 stycznia 2020

Pan pozwolił nam przeżyć do końca jeszcze jeden rok naszego życia. Rozpoczynamy Nowy Rok, obwieszczając naszą wiarę nie tylko w Boga, ale i w Królestwo Boże, które ma przyjść − na początku w sposób niewidzialny do naszych dusz, a później, poprzez nas, w sposób widzialny, pełen chwały, zwycięski do całego świata.

Pierwszymi słowami noworocznego molebna są słowa: „Błogosławione Królestwo Ojca i Syna i Świętego Ducha”. Rozpoczynamy ten rok z wiarą, że może on należeć do Królestwa Pańskiego. Co to oznacza? Kiedy oglądamy się w przeszłość, to modlitwy, które właśnie czytaliśmy, śpiewaliśmy, słuchaliśmy, mówią nam o pokucie i dziękczynieniu. O pokucie dlatego, że w ciągu mijających lat i minionego roku każdy z nas okazał się być niegodnym imienia człowieka, imienia chrześcijanina, miłości Bożej i miłości innych ludzi. Mamy też za co się kajać, dlatego że podczas tego roku nasze życie nie zawsze pozwalało na to, by zapanowało w nim Królestwo Boże, Królestwo radującej się, niepodzielnej, najczystszej miłości. Powinniśmy kajać się dlatego, że spośród wszystkich ludzi my, chrześcijanie, jesteśmy powołani, aby być współpracownikami Bożymi, aby Jego drogi stały się także naszymi.

Mamy jednak również za co Bogu dziękować. Mimo że często nie byliśmy Mu wierni, nie byliśmy wierni sobie, to On wydłużał nam życie, wzmacniał nasze siły, przypominał nam o Swojej woli, kierował nas ku zbawieniu. Mamy Mu za co dziękować, bowiem zarówno w małym, jak i dużym był nam tak bliski, tak bliski aktywnie i twórczo w naszym ziemskim życiu. Powinniśmy Mu dziękować w sposób, który jest wyrażony w świętej i cudownej Eucharystii, w Boskiej Liturgii, dzięki której możemy już teraz zaczynać żyć tajemnicą przyszłości.

Składać za to wszystko bezgraniczne dziękczynienie, za całe nasze życie, zarówno za smutki jak i za radości, za cierpienie i za ulgę, za tych, którzy są dla nas drodzy, składać dziękczynienie za wszystko można tylko wtedy, jeśli we wszystkim dostrzegamy zwycięstwo Chrystusa. Pismo Święte mówi nam, że przyjdzie czas, kiedy męczennicy staną przed obliczem Pańskim i powiedzą: „Panie, miałeś rację, na wszystkich Twych drogach…”.

Po to, by dziękować Bogu za cierpienia, by dziękować za cierpienie ziemi, trzeba już teraz widzieć ją rozsławioną, trzeba już teraz dostrzec zwycięstwo Pańskie. W przeciwnym wypadku nasze dziękczynienie będzie bluźniercze, ponieważ nie żyjemy Królestwem, za które modlimy się.

Co możemy uczynić w nadchodzącym roku, aby Królestwo zajaśniało w naszych sercach, ujawniło się w naszym życiu, przelało się przez brzeg do życia innych ludzi, objęło cały otaczający nas świat coraz szerzej i szerzej, tak jak pożar czy zapalająca się zorza? Powinniśmy wejść w ducha tego Królestwa, przeszacować te wartości, którymi żyjemy razem ze światem, który nie żyje tym Królestwem. Dopóki razem ze światem będziemy żyć strachem, chciwością, nienawiścią, dopóki będziemy poszukiwać tego, co nam daje radość, a nie tego, co innym daje życie, dopóty będziemy bezsilni we wznoszeniu Królestwa Bożego, bowiem Królestwo Boże jest Królestwem Miłości.

A miłości mamy mało. Dlatego też zrozumiałe jest, dlaczego tak obce są nam wyraziste cechy wczesnego chrześcijaństwa, które w sposób proroczy pokazują nam, jak oczekiwano na śmierć: z miłością, radością i nadzieją. Apostoł Paweł mówi: Chrystus jest dla mnie życiem, a śmierć – nabytkiem (Flp 1, 21). Dopóki nie jesteśmy w stanie tego powiedzieć, dopóty możemy z pełną świadomością i płaczem przyznawać się do tego, że żyjemy jeszcze życiem pozbawionym Boga, na bezbożnej ziemi, że nasze serce znajduje się nie tam, gdzie jest nasza przyszłość, lecz tam, gdzie złożone zostaną nasze kości i gdzie będzie wyłącznie przeszłość.

Cerkiew pierwszych wieków z taką ufnością, z takim pragnieniem czekała na Dzień Pański, na promienny dzień Jego przyjścia, dzień ostatniego sądu, ostatecznych wyników i ostatecznych triumfów. A my tak bojaźliwie myślimy o tym dniu, powtarzając w naszych sercach, jeśli nie w myślach, słowa pieśni, mówiące, że „Dzień Pański – to ciemność i strach”. Ale czy to właśnie ujawnia nam Pan? Czy to jest istota Królestwa i dzieci tego Królestwa? Nie! I dopóki nie możemy powiedzieć z Duchem Świętym i z Cerkwią: „Przyjdź, Panie Jezu!” – możemy stwierdzić z żalem i płacząc w duchu, że skarby Królestwa do nas jeszcze nie dotarły i wciąż jesteśmy dla niego obcy.

I oto w nowym roku mamy przed sobą czas przyszły, jeszcze nietknięty, czas, który leży przed nami jak zaśnieżona równina, czysta i nie poplamiona. Możemy na nią wejść i iść pewną ścieżką wiary, to znaczy bezgranicznego i całkowitego zawierzenia Bogu w nadziei, że wszystko będzie nie tak, jak my chcemy, a tak, jak chce Bóg. Wejdźmy w ten rok z miłością, na jaką nas stać, ze szczerym pokajaniem, a pokajanie – to nie tylko skrucha za przeszłość, to strach przed zniszczeniem, którego dokonaliśmy w przeszłości i zdecydowany zwrot ku Bogu po to, by iść do Niego, jak Piotr szedł po falach, dopóki patrzył wyłącznie w twarz Pana, nie zwracając uwagi na wzburzone morze. Pójdziemy z wdzięcznością, ale nauczymy się dziękować za wszystko, bo wszystko, co Bóg nam daje, jest dla naszego zbawienia, wszystko jest darem – i jasne, i mroczne, gorzkie i słodkie, zmartwienie i radość. I dalej będziemy szli tak, by na ziemi zapanowało Królestwo Pańskie, Królestwo Miłości, a pierwszą ofiarą, złożoną w celu jego zbudowania powinien być nasz egoizm. To my powinniśmy oddać życie na skraju tego Królestwa, musi w nas umrzeć wszystko to, co mu się sprzeciwia i tylko wtedy, kiedy Królestwo zwycięży w sercu każdego z nas, jego blask roztoczy się i dookoła nas.

Wezwanie Pana jest bezlitośnie surowe i jednocześnie cudownie świetliste. Rozpocznijmy więc ten Nowy Rok tak jak dzieci Boże, aby budować świat Boży po to, by wychwalać Pana i by radość Pańska zapanowała w tym zimnym, gorzkim, osieroconym świecie. Amen!
 
metropolita Antoni Bloom
31.12.1967