cerkiew.pl

Nie radzisz sobie lepiej

tłum. Gabriel Szymczak, 04 listopada 2019

„Radzę sobie lepiej”. Przez lata słyszałem to wiele razy podczas spowiedzi. Słyszałem także: „Nie radzę sobie tak dobrze”. Są to aktualne raporty, osobiste pomiary i zeznania o stanie życia duchowego. I są one błędne.

Nie radzisz sobie lepiej. Nie radzisz sobie gorzej.
W rzeczywistości nie wiemy, jak sobie radzimy. Tylko Bóg to wie. Ale zinternalizowaliśmy narrację kulturową i sprawiliśmy, że jest to historia naszej duszy. Ta narracja jest historią postępu (lub upadku). To historia, którą opowiada współczesny świat, i historia, którą często uzasadnia on swoje działania. W imię postępu „wybetonowaliśmy sobie raj i stworzyliśmy parking”.

Postęp opisuje ruch i kierunek. Zakłada, że ruch i kierunek są dobre. Oczywiście zakłada również, że możliwa jest wiedza o tym, jaki powinien być najbardziej pożądany kierunek. Ogólnie uważamy, że większe bogactwo, większy wybór, większa wolność, lepsze zdrowie, lepsze wykształcenie itd., to postęp. Im więcej takich rzeczy jest zapewnionych, tym większy jest nasz postęp.

W filozofii wszystko to znane jest jako utylitaryzm - klasycznie określany jako „największe dobro dla jak największej liczby”. Istnieją również klasyczne błędy rozpoznawane w takim myśleniu. Jak mierzymy największe dobro? Co stanowi największą liczbę? Czy szkodzenie mniejszej liczbie jest uzasadnione ze względu na korzyść dla większej liczby? Te same pytania, zastosowane do naszego osobistego rachunku moralnego, ujawniają te same problemy. Nasze chrześcijańskie życie nie jest projektem moralnym. Warto o tym bardzo ostrożnie pomyśleć. Powiem to jeszcze raz:
Nasze chrześcijańskie życie nie jest projektem moralnym.

Moralna poprawa (lub postęp) naszego życia nie jest celem życia chrześcijańskiego. Nie jest mu nawet bliska. Wyobrażamy sobie, że jeśli uda nam się mniej kłamać lub mniej pożądać, albo być trochę bardziej ostrożnym podczas postu i całkowicie przełknąć nasze gniewne słowa, to w jakiś sposób będziemy lepsi i „zrobimy postęp”. Ale to nie jest tak.

Święty Grzegorz z Nyssy powiedział kiedyś: „Człowiek jest błotem, któremu Bóg nakazał stać się bogiem”. To nie jest historia postępu. Nie jesteśmy błotem, które w jakiś sposób poprawia się w kierunku boskości. Błoto nie może nic uczynić, aby stać się boskim. A jeśli bylibyśmy szczerzy wobec samych siebie, to przyznalibyśmy, że nawet nie stajemy się lepszym błotem.

Jestem kapłanem od 34 lat (a od 15 lat jako prawosławny). Ogólnie rzecz biorąc, ludzie się nie poprawiają. Wielu ludzi, którzy wchodzą w dyscyplinę spowiedzi, doznaje frustracji, gdy zauważają, że wyznają te same grzechy za każdym razem. Często są zawstydzeni tym faktem i próbują przeprosić kapłana. „Czuję, że wcale nie robię postępów” - nie jest to nic niezwykłego. Mówię takim penitentom, że nie powinni oczekiwać postępów. Nie chodzi mi o to, że nie powinni opierać się grzechowi, tylko że odkryją, iż konsekwentnie walczą z tymi samymi pokusami, z czasem odnosząc więcej lub mniej sukcesów - lub porażek. Tak właśnie wygląda życie.

Więc co może zrobić takie błoto, jak my? Na czym polega nasza walka?

„Łączę się z Chrystusem” to oświadczenie, które kandydaci składają podczas Chrztu Świętego. To są słowa błota, mówiące o najwspanialszym z możliwych prezentów. To, że powinniśmy zostać bogami, jest darem Chrystusa dla nas, a nie naszym osiągnięciem. To rzeczywistość zrodzona w naszych błotnistych duszach podczas chrztu. I to, co się w nas narodziło, jest nowym stworzeniem, a nie człowiekiem z błota.

Życie w Chrystusie wcale nie polega na poprawie. Chodzi raczej o porażkę. Nie ma to nic wspólnego z poprawą.
Nasza święta porażka jest wielokrotnie opisywana w Piśmie Świętym:
Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je (Mt 16, 25)
Lecz Pan mi powiedział: „Wystarczy ci mojej łaski.. Moc bowiem w słabości się doskonali”. Najchętniej więc będę się chlubił z moich słabości, aby zamieszkała we mnie moc Chrystusa (2 Ko 12: 9)
To dążenie niech was ożywia; ono też było w Chrystusie Jezusie. On, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi. A w zewnętrznym przejawie, uznany za człowieka, uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej (Flp 2, 5-8)

Można oczywiście dodać jeszcze więcej. Ale ciąg tych wersetów nie ma nic wspólnego z poprawą, nie mówiąc już o poprawie moralnej. To, co dzieje się w naszym życiu duchowym, nie jest doskonaleniem lepszego „ja”. Jest jak porównanie błota i światła. Naprawdę świetne, naprawdę wyjątkowe błoto, nadal może być tylko błotem. Nigdy nie stanie się bardziej „podobnym do światła”.

Ale te wersety wskazują drogę naprzód. Polega ona na przegraniu, na słabości i pustce. Życie duchowe nie jest ulepszeniem jaźni moralnej, jest natomiast odnalezieniem i życiem w prawdziwym ja (Nowym Człowieku), zrodzonym w nas przez Chrystusa. Tracimy moralne ja, aby znaleźć ja prawdziwe. Wyznajemy naszą moralną słabość i tam odnajdujemy prawdziwą siłę Nowego Człowieka. Ogołacamy moralne ja i pojmujemy, że nawet jego najlepszy wysiłek i działanie to tylko „drzewo, trawa i słoma” (1 Kor 3, 12).

Starzec Sofroniusz przekazał następującą maksymę: „Droga w górę - to droga w dół”. Prowadzi ona w głąb naszej moralnej (i egzystencjalnej) nicości, po to, abyśmy znaleźli szczyty zjednoczenia z Chrystusem. Jest to ostatecznie najodpowiedniejsza praktyka spowiedzi.

Spowiedź to uznanie mojej porażki, mojej słabości i pustki w obecności Boga (i Jego kapłańskiego świadka). Prorok Izajasz mówi nam:
My wszyscy byliśmy skalani, a wszystkie nasze dobre czyny jak skrwawione szmaty (Iz 64: 6)
Nawet nasza sprawiedliwość, nasze najlepsze i odnoszące największe sukcesy moralne zachowania są jak niewątpliwie plugawe szmaty! Gdybyśmy to dobrze zrozumieli, przyznalibyśmy, że te same rzeczy, o których myślimy, mówiąc: „Poprawiam ...” są tak samo puste i bezużyteczne, jak rzeczy, których się wstydzimy.

I właśnie ten wstyd otworzy nam bramę raju. Tylko święty może stawić czoła całkowitej pustce tego punktu, ale każdy z nas może ponieść „odrobinę wstydu” (słowami archimandryty Zachariasza). Bo w słabości i upadku naszego życia stajemy się „ubodzy w Duchu”.

Ta sama pustka i słabość jest również miejscem, w którym przekonujemy się, że jesteśmy hojni i odważni. Hojność jaźni moralnej jest zawsze wysiłkiem bogatych. Walczymy, aby się dzielić i nawet podziwiamy siebie, kiedy nam się to udaje. Zawsze obserwowałem zupełnie inną dynamikę, gdy jedna biedna osoba pomaga drugiej. Widziałem, że biedni dają połowę wszystkiego, co mają (i więcej), jakby to było nic. I to jest niezwykle powszechne. Największa hojność na świecie jest wśród biednych. Przypominam sobie biskupa anglikańskiego, który powiedział mi, że kiedy odwiedził biedną wioskę w Indiach, zachwiał się, gdy dowiedział się, że wielu w wiosce nie jadło tego dnia, aby zaoferować mu przyzwoity posiłek. I zrobili to z radością. Ta sama wielkoduszna radość często przenika najbiedniejsze obszary świata, które pobudzają resztę do współczucia im. Powinniśmy współczuć sobie!

Sakrament spowiedzi nie jest miejscem, w którym można się poprawić lub złożyć sprawozdanie z naszych postępów. Jest to miejsce, w którym można stać się biednym, słabym i pustym oraz przyjąć wstyd jak naszego najdroższego przyjaciela. Bo tylko w tym miejscu naprawdę znajdziemy Chrystusa. To jest Hades, do którego zszedł i gdzie na nas czeka (aby nas wskrzesić).

Mądrość modlitw Kościoła jest wypełniona tą wiedzą. Święty Jan Chryzostom przekazuje te złote słowa:

Panie, Boże mój, wiem, że nie jestem godny, ani usposobiony, abyś wszedł pod dach świątyni mojej duszy, gdyż cały jestem pusty i upadły, nie ma we mnie godnego miejsca, gdzie można skłonić głowę, ale jak z wysokości ze względu na nas ukorzyłeś samego siebie, ukorz się więc teraz nad moją pokorą. Jak zechciałeś w pustyni i w żłobie zwierzęcym spocząć, tak i teraz spocznij w żłobie mojej pozbawionej rozumu duszy i wejdź w moje zbrukane ciało. Jak zechciałeś wejść i wieczerzać z grzesznikami w domu Szymona Trędowatego, tak zechciej także wejść do domu pokornej mojej duszy, trędowatej i grzesznej; jak nie odrzuciłeś podobnej mi nierządnicy i grzesznicy, która przyszła i dotykała Ciebie, tak też zmiłuj się nade mną grzesznym, przychodzącym i dotykającym Ciebie. I pozwól mi przyjąć święte i przeczyste Twoje Ciało i najczcigodniejszą Krew ...

W rzeczy samej.

o. Stephen Freeman

za: Glory to God for All Things

tłumaczenie modlitwy św. Jana Chryzostoma za: liturgia.cerkiew.pl

Fotografia: do_marian / orthphoto.net /