cerkiew.pl

Paralityk i przyjaciele

o. Konstanty Bondaruk, 27 lipca 2019

 W 9 rozdziale Ewangelii według Mateusza (Мt 9, 1-8) czytamy o uzdrowieniu w Kafarnaum paralityka, którego przynieśli na noszach jego czterej przyjaciele. Jest to analogiczne opowiadanie jak z 2 rozdziału „Ewangelii według Marka”, o którym mowa była w II niedzielę Wielkiego Postu. To samo wydarzenie, cud uzdrowienia paralityka dzięki wierze jego czterech przyjaciół, uznał za ważne także Ewangelista Łukasz i opisał je w 5 rozdziale swej księgi. Naturalnie, tu chodziło głównie o znaczenie ludzkiej solidarności i wstawiennictwa. Oczywiście paralityk też godzien jest uwagi choćby z tego powodu, że miał przyjaciół, którzy pomogli mu w biedzie. Gdy ktoś ma przyjaciół, a do tego wielu, samo to już dobrze świadczy o człowieku, bo zwykle na przyjaźń trzeba czymś zasłużyć.

Niezwykle ważne jest to, że paraliż ma wiele rozmaitych odcieni. U ludzi zdrowych, cieszących się siłą i energią fizyczną, przedmiotem troski powinien być paraliż wewnętrzny, duchowy. Wśród siedmiu grzechów zwanych „ głównymi ”, w prawosławnej, wschodniej tradycji, ostatnie miejsce zajmuje „acedia” dość niedokładnie tłumaczona jako „lenistwo”. Św. Ewagriusz z Pontu nazywał ją "osłabieniem duszy”. W swych skutkach acedia przypomina depresję, która z roku na rok przesuwa się ku górze najbardziej rozpowszechnionych i śmiertelnych, chorób. Mimo pozorów łagodności jest to straszliwa choroba, bo tłumi i odbiera ona samą chęć życia. Kiedy dopada człowieka, wówczas każda sprawa wydaje się bezsensowna lub niewiarygodnie trudna do wykonania; czujemy się przygaszeni, odczuwamy pustkę, jesteśmy pozbawieni energii i przede wszystkim woli życia. Depresja w bardzo wielu przypadkach kończy się samobójstwem.

Trzeba bardzo chcieć
W przypadku paralityka, pewnie na nic by się zdała życzliwość przyjaciół, gdyby on sam pogodził się ze swym losem i uznał, że w jego przypadku nic absolutnie nie da się zrobić. Bogactwem paralityka prócz przyjaciół było to, że pomimo wszechstronnego paraliżu, zachował on w sobie głębokie pragnienie bycia uzdrowionym. A przynajmniej się nie przeciwstawiał uzdrowieniu. W człowieku istnieje pewien najgłębszy obszar jego życia, gdzie wypowiadane jest fundamentalne „chcę” lub „nie chcę”. Gdyby przyjaciele paralityka oferowali pomoc a on by ją odrzucił jako daremną, wówczas nawet najlepsi przyjaciele nic by nie osiągnęli. Na szczęście tak się nie stało. Nawet we wszechogarniającym paraliżu ciała i duszy pozostaje możliwość wypowiedzenia pozytywnego „chcę”. Największą tragedią jest wejść w ciemność rezygnacji: „nie chcę”, „nie warto”, „nie ma sensu”. To dlatego warto troszczyć się o to, aby to „chcę” było i zawsze przemawiało. Tym bardziej w najgłębszych sytuacjach paraliżu. Oczywiście, samo „chcę” nie wystarczy. Gdyby paralityk tylko chciał, to i tak by nie został uzdrowiony bez pomocy i udziału osób trzecich. Ale to „chcę” umożliwiło właśnie dalsze działanie przyjaciół i najpełniej samego Jezusa Chrystusa. Postawa tych przyjaciół to zaproszenie, aby odważnie pomagać paralitykom w dotarciu do Jezusa. Nieraz to może być konieczność podobnej fizycznej pomocy. Najczęściej jednak chodzi o przynoszenie paralityka poprzez kierowane w jego intencji słowa modlitewnej prośby i wstawiennictwa.

Wiara i wielka potrzeba
Można powiedzieć, że ewangeliczny paralityk uosabia i symbolizuje wszelki ludzki paraliż. Jednak centralna postacią opowieści o uzdrowieniu paralityka w Kafarnaum jest Chrystus. Ten który swym władczym słowem jest zdolny uciszyć burzę, potrafi wyswobodzić również nas z wszelkiej niemocy. Jednakże aby tak się stało, trzeba do niego przyjść, być przyprowadzonym albo przyniesionym. Nasze spotkania z Chrystusem, jeżeli mają być zbawcze, nie mogą się odbywać poza świadomością i uwagą, za pomocą magii albo na przekór nam. Nieodzowny jest sprzyjający klimat i mocny fundament uświadomienia sobie swego stanu z pełną zaufania wiarą. Trzeba wpierw uznać swą ograniczoność i słabość, bo wedle słów Chrystusa, nie zdrowi potrzebują lekarza, ale ci którzy się źle mają (Mt 9, 12). Bywa, że ktoś nie czuje się ani chorym, ani grzesznym, ale wcześniej czy później przekona się, że to iluzja. „Pierwsza oznaka mądrości - świadomość swoich grzechów. Poznanie samego siebie i swej grzeszności jest początkiem zbawienia, ponieważ świadomość bezradności skłania do szukania sposobów przezwyciężenia jej” - pisał św. Tichon Zadoński. Natomiast św. Jan Złotousty uważał, że „ten najlepiej zna siebie, kto siebie ma za nic”. W jakimś stopniu wszyscy jesteśmy chorzy i wszyscy jesteśmy grzeszni. Także wszyscy potrzebujemy Bożego miłosierdzia, wsparcia i pomocy, która zwykle jest odpowiedzią na wiarę w Jego niewyczerpalną miłość.

Droga do pokoju z Bogiem
Dla triumfu nad grzechem niewiary w miłość Boga - Ojca, Jezus Chrystus wykonał wielką pracę. Tą pracą było całe Jego życie, nauka, cuda, męka i śmierć na Krzyżu. Do pracy dla naszego zbawienia włączył się Duch Święty. Przed swym Wniebowstapieniem Chrystus zapewnił, że Duch Święty dopełni zbawienia, gdy wyjawi grzech niewiary w Bożą miłość jako główne nieszczęście człowieka. On zaś, gdy przyjdzie, przekona świat o grzechu, o sprawiedliwości i o sądzie. O grzechu, bo nie wierzą we Mnie; o sprawiedliwości zaś, bo idę do Ojca i już Mnie nie ujrzycie; wreszcie o sądzie, bo władca tego świata został osądzony (J 16, 8-11) czytamy w „Ewangelii”. Kiedy przezwyciężymy grzech, to zwyciężymy wszelkie inne zło, przygnębienie, szatana i lęk przed śmiercią, które pognębiają nas i odbierają radość życia. Przezwyciężenie destruktywnej siły grzechu włącznie z jarzmem poczucia winy odkrywa nam szlak do pokoju z Bogiem.

Cuda dzieją się bezustannie
Cud uzdrowienia paralityka stawia przed nami pytanie: czy dostrzegamy niezwykłość tego, co odbywa się na naszych oczach dzięki Bożemu miłosierdziu, nawet gdy to wydaje się być czymś zwyczajnym i niewiele znaczącym. Czy w życiu codziennym prezentujemy postawę, by kierować nasze myśli ku Bogu i Jemu oddawać chwałę? Czy wierzymy, że Jezus ma władzę także nad nami, nad naszym życiem, nad tym co było, co będzie i co odbywa się w danym momencie? A skoro tak, to czy w Nim pokładając ufność gotowi jesteśmy dokładnie spełniać Jego wolę? Czy szukamy Jego słowa w „Piśmie Świętym”? Czy nie buntujemy się, kiedy Jego słowa potępiają nas i wzywają do nawrócenia? Czy nie za łatwo zniechęcamy się, usprawiedliwiając się niezależnymi od nas trudnościami i niesprzyjającymi okolicznościami?

Boży człowiek wie, czego chce, a chce tego, czego chce Bóg. I Jego woli szuka w Jego słowie, z którym porównuje swe życie, swe myśli i zachowanie. Św. Ewagriusz z Pontu radził: „Albo czyń to, czego chce Bóg, albo otrzymasz to, czego sam nie chcesz”. „Bóg nie opuści ciebie, ale bacz, aby nie został On opuszczony przez ciebie. Pamiętaj o Bogu, aby On zawsze pamiętał o tobie” - pouczał św. Izaak Syryjczyk. „Gdziekolwiek byś nie był, zawsze miej przed oczyma Ojca Niebieskiego; czymkolwiek byś się nie zajmował zważaj, czy to pochwala „Pismo Święte” - rekomendował adeptom życia pustelniczego św. Antoni Wielki. To właśnie Słowo Boże wzywa człowieka do opamiętania, aby nie szukał on połowicznych rozwiązań. Dzięki niezachwianej pewności w wierze, człowiek ufa Bożemu Słowu bardziej niż sobie i swoim odczuciom. To dlatego pozostawia on za sobą przeszłość, swoje pomyłki i grzechy, nie biczuje siebie tym co było, nie grzebie się w dawno minionym, ponieważ wie, że Sam Bóg zgładził jego przewiny i już nie wspomina jego grzechów. Bo Sam Bóg bezustannie odnawia nasze życie, gdy stajemy przed Nim z wiarą i pokorą szukając Jego miłosierdzia. Jednak ta nowość i świeżość jest trwała i owocna tylko wtedy, gdy człowiek nie próbuje balansować na granicy dobra i zła, prawdy i fałszu, gdy nie ma jednoczesnego „tak” i „nie”, ale całe swe życie składa w Boże ręce, czyniąc wszystko co należy czynić, bez względu na trudności i ludzkie oceny.

Potrzeba nam wciąż i wciąż znajdywać w sobie odwagę żyć z Bogiem zgodnie z Jego wolą. Potrzeba nam dostatecznie wiele pokory, aby Bożej mocy, która działa w nas, nie przypisywać sobie, lecz bezustannie zachwycając się przejawami Bożej wielkoduszności, Jemu oddawać chwałę. Trzeba odrzucić wszystko, co sprzeciwia się Jemu i Jego słowu, z wdzięcznością przyjmując wszystko, co daje nam; darowanie grzechów, uzdrowienie i każdy nowy dzień, który przynosi nowe możliwości, bo nowego dnia może po prostu nie być. Trzeba wreszcie chętnie podejmować Boże wezwanie, aby często padając, ciągle wstawać, i biorąc na siebie swój krzyż śmiało i z ufnością kroczyć przez, podarowane nam przez Boga, życie.