cerkiew.pl

Odnajdując pokój pomimo grzesznych myśli

tłum. Gabriel Szymczak, 31 maja 2019

W połowie maja zwykle ponownie pielę mój ogród. Jest to jedna z najbardziej duchowo pouczających aktywności fizycznych w roku. Moja nieustannie toczona walka z jednym szczególnym chwastem jest wręcz prawdziwą ikoną mego wewnętrznego życia.

Ogólnie rzecz biorąc, moja żona i ja jesteśmy niezbyt dobrymi ogrodnikami. Mamy bardzo mało grządek czegokolwiek, raczej są to tylko obszary, w których coś sadzimy – a często pojawia się tam to, co po prostu samo wyrasta. Chwasty same się sieją, mówię. Okrywamy je ściółką. Ściółka w ogrodzie to zbawcza łaska - pokrywa wiele grzechów.

Podobnie jest w przypadku naszych wielu grzechów – zajmujemy się nimi poprzez regularny udział w życiu sakramentalnym Cerkwi. Regularna spowiedź i komunia, modlitwy poranne i / lub wieczorne, od czasu do czasu w ciągu całego dnia modlitwa Jezusowa i wysiłek dobrej woli, aby zachować post oraz uczestniczyć w świętach cerkiewnych: to jest ściółka łaski, która przykrywa i tłumi większość naszych grzechów.

Mamy jednak też grzechy głęboko zakorzenione, które wciąż powracają. Nie tylko raz na jakiś czas, ale czasem oblegają one nasz umysł kilka razy dziennie, nawet kilka razy na godzinę podczas złego dnia. Czasami wydaje mi się, że cały mój duchowy wysiłek polega na tym, aby powstrzymać jakąś szczególną, grzeszną myśl przed zawładnięciem mną. Czasami jestem też kuszony, żeby się po prostu poddać, ulec rozpaczy.

Podczas mojej ostatniej wizyty w monasterze, jeden z ojców powiedział, że rozpacz jest niewybaczalnym grzechem. Wyjaśnił, że rozpacz to wybór śmierci, a jeśli człowiek wybierze śmierć - jak może przyjąć Życie? Oczywiście bardzo trudno jest nie rozpaczać, zwłaszcza gdy walczysz z tymi samymi smutnymi lub depresyjnymi, pożądliwymi, lub aroganckimi, gniewnymi, lub bluźnierczymi myślami, raz za razem, dzień po dniu. To piekło, o którym myślał św. Sylwan, kiedy powiedział: „Trzymaj swój umysł w piekle, ale nie rozpaczaj”. [Należy również zauważyć, że rozpacz jest niewybaczalna, dopóki ktoś w niej tkwi. Zawsze można odwrócić się od rozpaczy ku najmniejszemu przebłyskowi wiary, nadziei lub miłości.] Ale jak to zrobić? Jak bez poddawania się, bez popadania w rozpacz poradzić sobie z powtarzaniem się i udręką cudzołożnych, morderczych, aroganckich, homoseksualnych, pożądliwych, przygnębiających czy gniewnych myśli (listę można długo kontynuować)?
Starzec Sofroniusz, duchowy syn św. Sylwana, mówi o spojrzeniu w otchłań piekła, cofnięciu się o dwa kroki i wypiciu herbaty. Te słowa były dla mnie bardzo pomocne. Są to słowa dające mi pozwolenie, w pewnym sensie, aby spojrzeć wprost na niegodziwość moich myśli, myśli, których wydaje się, że nie mogę zatrzymać, i powiedzieć: „Tak, to jest piekło; to jest udręka Gehenny, która rozgrywa się w moim umyśle i nie mogę jej powstrzymać.” Następnie, patrząc bezpośrednio na moje nikczemne, złamane czy pokręcone myśli, mogę „zrobić dwa kroki do tyłu i napić się herbaty”. To znaczy, że mogę spokojnie porozmawiać z Bogiem, mniej więcej w taki sposób: „Wow, jakim jestem okropnym bałaganem. Widzisz te straszne myśli w moim umyśle i – zadziwiające - wciąż mnie kochasz. Twoja miłość do mnie jest przytłaczająca. Nigdy nie zrozumiem, jak możesz kochać taki bałagan jak ja, ale dziękuję Ci. Dziękuję Ci za Twoją dobroć i Twoją miłość do ludzkości, pomimo naszego zbiorowego upadku i grzechu, pomimo piekła, które sami sobie zgotowaliśmy. Wszedłeś do naszego piekła, więc teraz jesteś tutaj ze mną.” Tak brzmi wiele moich modlitw.

Inny ojciec z monasteru opowiedział mi pewną historię, pochodzącą z rosyjskiej powieści, którą kiedyś czytał. Jest tam scena, w której grupa ludzi dopiero co przybyła do nieba. Gdy zorientowali się, gdzie są, zaczęli szukać Jezusa. W końcu spotkali anioła i zapytali go: „Gdzie możemy znaleźć Jezusa? Anioł powiedział im: „Cóż, Jezusa tu nie ma”. "Co?! Gdzie On jest? Czyż nie jesteśmy w niebie?” - ludzie odpowiedzieli. „Tak, jesteście w niebie” - rzekł anioł. „Więc gdzie jest Jezus?” - zapytali. Anioł powiedział: „Jezus jest w piekle, ratując zgubionych, ratując grzeszników. Czy nie pamiętacie Jego słów: „to chorzy potrzebują lekarza”, a Dobry Pasterz „opuszcza dziewięćdziesiąt dziewięć”, aby szukać tej, która zaginęła?”

Ta historia jest jak błyskawica nadziei w moim sercu.
W moim osobistym doświadczeniu chrześcijańskim nie ma nic niebiańskiego. Najlepsze, co mi się przydarza, to krótkie przerwy w walce, krótkie chwile, kiedy walenie w bramy mojego umysłu nie jest tak głośne jak zwykle. Ale właśnie dlatego mogę powiedzieć, że Jezus jest blisko. Jestem zagubioną owcą. Jestem chorą, spaczoną i złamaną osobą, która potrzebuje lekarza.

Convolvulus Arvensis – powój polny. To jest ten chwast. To grzech mojego ogrodu, który mnie prześladuje. Prawie niemożliwe jest pozbycie się go. Wielokrotnie flirtowałem z rozpaczą. Wiele razy mówiłem sobie, że już nie dam rady z tym walczyć. Próbując go wykorzenić, wykorzeniasz wszystkie rośliny wokół niego, ale nawet wtedy nie jesteś w stanie pozbyć się go w całości. Jego korzenie łatwo się łamią, a wystarczy tylko kawałeczek korzenia lub tylko jeden liść pozostawiony na ziemi, aby odrosła cała roślina. Jego korzenie zaplątują się w korzenie twoich ulubionych roślin, a rosnąc powój wije się wokół ich łodyg, przyrastając nawet o kilka cali tygodniowo. Podobnie jak niegodziwe myśli, których nie mogę się pozbyć, często nawet go nie zauważam, dopóki nie urośnie wokół moich ukochanych krzewów lub kwiatów, i tylko z wielką starannością i uwagą mogę je uwolnić z jego oplotu bez ((zbytniego) uszkodzenia owiniętej rośliny.
I ciągle wraca. A ja dalej go zdejmuję. To, co zdejmę, odrośnie tam, gdzie to rzucę, musi więc zostać spalone (co powoduje, że zatrzymuję się i rozważam naturę piekielnego ognia, ale to na inny moment). To niekończąca się walka.

Jednak w ciągu ostatnich kilku lat nieco zmądrzałem. Bynajmniej nie pokonałem powoju. Ale zaakceptowałem walkę. Mój ogród nie jest idealny, tak jak nie jest idealne moje życie. Muszę jednak czynić ten ogród pięknym, pomimo powracających chwastów. I nie mogę żyć idealnym życiem, muszę żyć swoim własnym życiem, pomimo powtarzających się, grzesznych, zepsutych myśli. To jest moje życie, to jest życie, które muszę ofiarować Bogu: życie pełne powoju, pełne myśli, których nie jestem w stanie całkowicie kontrolować. Ale to, że moje życie jest dalekie od ideału, nie oznacza, że nie mogę nic zrobić. Nie oznacza, że powinienem rozpaczać.

Cokolwiek zrobię, bez względu na to, ile zrobię - powój powróci. Nie oznacza to jednak, że powinienem przestać uprawiać kwiaty. Nie oznacza to, że przestanę usuwać tyle powoju, ile się da (bez uszkodzenia roślin, które chcę zatrzymać). Mogę mieć całkiem ładny ogród, nawet jeśli muszę wiecznie (lub przynajmniej przez resztę mego ogrodniczego życia) nieustannie wyciągać i palić niechciany powój.

Taka zmiana postawy ma duże znaczenie. Poznałem swego wroga dość dobrze. Spodziewam się go. Poszukuję go i od początku sezonu, kiedy tylko zaczyna się pokazywać, aż do jesieni, kiedy wciąż jeszcze pojawia się, choć inne rośliny są już uśpione, po prostu wyciągam go - nawet jeśli zwykle pęka na powierzchni ziemi, pozostawiając korzeń. Ale mnie to nie obchodzi. Kiedy go widzę, wyciągam. Przestałem się tym martwić.

I w ten sam sposób radzę sobie z prześladującymi mnie grzechami, ze złamanymi, poskręcanymi i przygnębiającymi myślami, które wciąż powracają. Spodziewam się ich. Nie denerwują mnie już tak bardzo. Po prostu wzdycham, uniżam się i staram się odepchnąć tę myśl. Czasami działa modlitwa Jezusowa, czasem jest to rozmowa „przy herbacie” z Jezusem lub Jego Matką, czasami jest to tylko kwestia przesunięcia uwagi mojego umysłu na coś dobrego, prawdziwego lub pięknego. Ale przede wszystkim, przynajmniej dla mnie, moją tajną bronią jest nie denerwować się, ale raczej zaakceptować, że dopóki będę żył w tym złamanym, pełnym grzechu ciele, będę musiał wyciągać moje powracające, „chwastowate” myśli.

A usuwanie chwastów nie musi powstrzymywać mnie od sadzenia kwiatów. Chociaż walczę z niechcianymi myślami, wciąż mogę czynić dobro. Nadal mogę się modlić. Mogę nie być w stanie powstrzymać niechcianych myśli, ale nie powinienem pozwolić im narzucić mi, co mam robić czy mówić. Nadal mogę dbać o to, co jest dobre, prawdziwe, piękne. I im więcej zajmuję się kwiatami, tym bardziej stwierdzam, że chwasty są tylko uciążliwością, po prostu czymś, co należy wyciągać, gdy je widzę, a nie czymś, czym należy się denerwować. Jezus i Maria są ze mną, pomagając mi sadzić kwiaty w tym pełnym chwastów ogrodzie. I gdziekolwiek Oni są, tam właśnie chcę być.

O. Michael Gillis

Za: Praying in the Rain

Fotografia: Michał Uścinowicz / orthphoto.net /