cerkiew.pl

Sukces poprzez porażkę w poście

tłum. Gabriel Szymczak, 11 kwietnia 2019

Godność mojej duszy zniewoliłem namiętnościami; Stałem się podobny do bestii i nie mam mocy, aby wznieść moje oczy do Ciebie, Najwyższy. Ale z głową pochyloną jak celnik modlę się do Ciebie, o Chryste, i wołam głośno: Boże, bądź mi łaskawy i wybaw mnie.

Wszystkie duchowe obserwacje świętych ojców i matek Kościoła muszą być przyjmowane z właściwym rozeznaniem. Wgląd w ludzką psychikę (duszę) jest wieczny - ludzie są ludźmi niezależnie od tego, czy jest to czwarty wiek, czy dwudziesty pierwszy. Jednak konkretne praktyki i dyscypliny ascetyczne, działające bardzo dobrze w jednym kontekście, mogą wcale nie działać dobrze w innym. Może tak być nie tylko w przypadku różnic między życiem monastycznym i rodzinnym, ale także między kulturą i stylem życia ludzi żyjących jako świeccy.

Znam na przykład kobietę mieszkającą w mieście na południu USA, która stale odżywiała się według diety wegańskiej. Czyniła tak raz ze względu na coraz bardziej globalny wybór zrównoważonego sposobu życia, dwa - nie była zwolenniczką niepotrzebnego zabijania zwierząt (a pewnie - i może to być tylko mój cynizm - również dlatego, że ten społecznie dobry wybór pomagał jej utrzymać wagę pod kontrolą). Jednak kiedy wyszła za mąż za farmera i przeniosła się na kanadyjskie prerie, wszystko się zmieniło. Świeże warzywa i owoce były dość drogie przez większość roku, a mięso i jaja były w zasadzie darmowe (przynajmniej w jej gospodarstwie). Gdy ta kobieta była na etapie wegańskim, post nie był prawie żadnym poświęceniem. Świeże owoce i warzywa były tanie i łatwo dostępne nawet w zimie, więc w trakcie postu jej dieta zasadniczo się nie zmieniała. Jednak na kanadyjskich preriach utrzymanie postu kosztowało zdecydowanie więcej. Po pierwsze, stanowiło radykalną zmianę diety. Ci z nas, którzy utrzymują ścisły post, a następnie ucztują podczas święta Paschy, wiedzą, jakie cierpienie wywołuje przejście z diety bogatej w białko zwierzęce w dietę bogatą w białko pochodzenia roślinnego, i z powrotem. Po drugie, kupowanie świeżych owoców i warzyw zaimportowanych z drugiej połowy globu kosztuje o wiele więcej, więc w konsekwencji jesteśmy bardziej zależni od jedzenia o wysokiej zawartości węglowodanów (czytaj: tuczącego). Dlatego bardzo trudno jest powstrzymać się od pozyskania kilku dodatkowych kilogramów podczas bardzo zimnych dni postu na kanadyjskich preriach.

Styl życia człowieka w mieście o klimacie śródziemnomorskim jest zupełnie inny niż styl życia farmera na kanadyjskiej prerii, a zatem - dla zwiększenia duchowych korzyści z Wielkiego Postu – należy dostosować jego założenia do sytuacji. Nie twierdzę, że post narzucony przez Kościół powinien być ignorowany. Jeśli ktoś zapyta, od czego Kościół powstrzymuje się w czasie Wielkiego Postu (lub w każdy postny dzień), odpowiedź jest bardzo łatwa. To się nie zmienia. Jednak to, co ulega zmianie, to ludzie i okoliczności, w jakich żyją. Wegański mieszkaniec miasta może się łudzić, że jest ascetą, ponieważ nie ma żadnych trudności z utrzymaniem postu, podczas gdy preryjny rolnik może ulec złudzeniu, że jest kompletną ascetyczną porażką, ponieważ nazywa kurczaka „preriową rybą”, a jaja - „wczesnymi wiosennymi jabłkami”.

Ale to tylko przykład. Wcale nie chcę mówić o jedzeniu. Chcę porozmawiać o czymś trudniejszym do zobaczenia. Chcę mówić o kulturowych oczekiwaniach sukcesu. Na przykład pasterz kóz w Grecji w XIX wieku miał niewiele oczekiwań co do swojej przyszłości, poza życiem i śmiercią jako pasterz kóz. Nie było żadnych wymagań ani potrzeby, by wykraczał poza oczekiwania pasterza kóz, ponieważ nie było dla niego szansy poza wypasaniem kóz. Po co chodzić do szkoły (nawet jeśli szkoła była dostępna i można sobie było na nią pozwolić)? Po co uczyć się czytać? Po co naprawdę ciężko pracować, aby zdobyć trochę więcej bogactwa, co tylko przyciągnęłoby uwagę zawistnych Turków, którzy mogliby je łatwo ukraść?

W związku z tym, taki pasterz kóz miał z jednej strony dużo czasu do swojej dyspozycji (brak oświetlenia elektrycznego i wiele długich spacerów), ale z drugiej strony miał bardzo mało motywacji do osiągnięcia czegoś więcej. W takim kontekście (który może odzwierciedlać rzeczywistość większości ludzi na świecie przez większość dziejów), praktyczne nauczanie Kościoła starałoby się zmotywować ludzi, aby bardziej zmagali się ze sobą podczas osobistych praktyk religijnych - albo poprzez obietnicę błogosławieństw, albo groźbę ewentualnych mąk.

Jednak w moich doświadczeniach duszpasterskich, dotyczących głównie dobrze wykształconych Amerykanów i Kanadyjczyków, kulturowe oczekiwania sukcesu są bardzo odmienne. Od przedszkola dzieciom mówi się, że mogą dorosnąć i stać się tym, kim chcą być: astronautą, lekarzem, premierem, itd. Jest im to wpajane na siłę nie tylko w szkole, ale także w mediach i przez rodziców; oczekuje się, że jeśli będą ciężko pracować, jeśli będą się bardzo starać, to mogą osiągnąć wszystko, o czym marzą. To oczekiwanie sukcesu jest, jak sądzę, jedną z głównych przyczyn bardzo cichej epidemii depresji ogarniającej Amerykę Północną (nikt nie chce mówić o tym, że ogromny procent dorosłych mieszkańców Ameryki Północnej - i równie duży odsetek dzieci - bierze leki poprawiające nastrój).

Dla tych ludzi, którzy oczekują sukcesu opartego na własnej ciężkiej pracy, tradycyjne prawosławne dyscypliny ascetyczne są polem minowym, prowadzącym wielu do złudzenia - dumy, gdy sądzą, że udało im się spełnić ascetyczne „wymagania” lub do przygnębienia, ponieważ bez względu na to, jak bardzo się starali, nie udało im się zachować „zasad”. Niestety, osiągnąłem bardzo mały sukces, pomagając takim osobom (chociaż [i niech Bóg mi wybaczy, jeśli zgrzeszyłem, ale myślę, że w tamtym czasie postąpiłem słusznie] kiedyś poleciłem komuś, kto wydawał się trochę zbyt szczęśliwy z powodu swego sukcesu w połowie Wielkiego Postu, żeby zjadł hamburgera z serem, aby uwolnić się od złudzenia, że w jakiś sposób mu się udaje).

Może nie jestem w stanie pomóc tym, którzy są nastawieni na sukces, ponieważ ja nigdy taki nie byłem. Być może. Wydaje mi się, że radzę sobie lepiej z tymi, którzy wiedzą, że nie są w stanie spełnić oczekiwań. Nie mówię o tych, którzy nigdy nie próbowali. Mówię o tych, którzy próbowali i zawiedli, próbowali i zawiedli, ponownie próbowali i znowu zawiedli. Dobrze czuję się właśnie wśród takich ludzi.

Rozmawiałem ostatnio z kimś, kto mówił mi o swoich porażkach w utrzymywaniu zdyscyplinowanego życia modlitewnego. Ta osoba mieszka w dużym kanadyjskim mieście i pracuje ponad pięćdziesiąt godzin tygodniowo - w pracy o wysokim poziomie stresu, do której przygotowywała się wiele lat, szkoląc się i dążąc do jej osiągnięcia. Jednak życie modlitewne tej osoby jest martwe (nie dlatego, że nie odmawia modlitw, ale nic nie porusza jej serca) i chociaż stosunkowo łatwo jest jej utrzymać post, to nic to nie znaczy. Może zmusić się do wysiłku, ale jej serce jest zimne; i to doprowadza ją do rozpaczy. Co z tym zrobić? Jak pomóc komuś, kto został uwarunkowany, aby odnieść sukces, ale kto odkrył, że jego wiele poważnych prób osiągnięcia powodzenia w standardowej prawosławnej pobożności doprowadziło wielokrotnie do niepowodzenia? W jaki sposób możesz pomóc komuś, kto prawie nigdy nie stoi w miejscu, aby uspokoił swoje serce? Czy jest możliwe zbawienie takiego człowieka?

Tak, oczywiście, że tak. Ale z pewnością duchowe narzędzia, które bardzo dobrze działały na pasterza kóz, będą musiały zostać dostosowane do tego zorientowanego na sukces mieszkańca miasta.
Poleciłem tej osobie, aby przyjęła swoją porażkę. Zasugerowałem, aby jej modlitwa była nieustanną modlitwą syna marnotrawnego: „Jestem niegodny, by nazywać się twoim synem”. Zasugerowałem, aby kilka razy w ciągu dnia - kiedy tylko poczuje swoje zimne serce lub zda sobie sprawę, że znowu całkowicie zapomniała o Bogu lub źle kogoś potraktowała - powiedziała w swoim sercu / umyśle: „Nie jestem godzien nazywać się twoim synem”. Ta osoba odpowiedziała na moją sugestię następującym pytaniem: „Czy wolno być synem marnotrawnym więcej niż raz?” Zapewniłem, że jest to łaska Ducha Świętego, jeśli możemy spędzić całe nasze życie ciągle widząc siebie jako syna marnotrawnego.

Może wydawać się sprzeczne z intuicją polecenie komuś, kto jest przygnębiony z powodu swoich oczywistych niepowodzeń w życiu duchowym, aby zaakceptował porażkę. Wydaje się, że takie zalecenie może narazić osobę na wejście w pętlę depresji. To rzeczywiście ryzyko, przyznaję. Naprawdę mogłoby się tak stać. Jeśli jednak czegokolwiek dowiadujemy się z hymnów i czytań Wielkiego Postu, to jest właśnie to: zbawiony zostanie syn marnotrawny, nierządnica i celnik, a nie osiągający sukcesy religijne faryzeusz. Zbawienie przychodzi do tych, którzy go potrzebują, a nie do tych, którym (jak myślą) nie jest potrzebne.

Wydaje mi się, że to podejście nie różni się od słynnego stwierdzenia św. Sylwana: „Trzymaj swój umysł w piekle i nie rozpaczaj”. A w dwudziestym pierwszym wieku, dla tych z nas, którzy zostali uwięzieni w kulturze sukcesu, którzy mają bardzo mało czasu bez jakiegokolwiek rozproszenia, nie sądzę, że istnieje jakakolwiek inna realna ścieżka oprócz ścieżki porażki i piekła z powodu niespełnienia nawet minimalnych oczekiwań religijnych. To jest piekło, w którym nasze umysły muszą pozostać bez rozpaczy. Podobnie jak syn marnotrawny i nierządnica, i celnik, nie przynosimy niczego poza porażką i silnym poczuciem, że nie jesteśmy godni, aby być przyjętym. Ale mimo to przychodzimy. Przychodzimy, ponieważ wielkość miłości naszego Ojca rozciąga się na najniższe piekło naszej nędzy. Nie oczekujemy niczego, ale prosimy naszego miłosiernego Boga o miłosierdzie. Przychodzimy wiedząc, że jesteśmy kompletnym bałaganem, ale mimo to należymy do Boga. Jesteśmy Boży, z całym tym bałaganem i wszystkim innym.

I sam ten akt naszego przyjścia do Boga (raz po raz) jako całkowicie niegodnych, tworzy w nas niewielki skrawek pokory. I ten bardzo niewielki skrawek pokory przyciąga łaskę Ducha Świętego. A Święty Duch jest Panem i Dawcą Życia.

O. Michael Gillis

Za: blogs.ancientfaith.com/prayingintherain/

Fotografia: Aleksander Wasyluk