cerkiew.pl

Spotkanie z nieprawosławnym społeczeństwem

tłum. Magdalena Tomaszuk, 19 lutego 2019

Referat "Spotkanie z nieprawosławnym społeczeństwem" metr. Antoniego Blooma po raz pierwszy wygłoszony był na Konferencji diecezji Suroskiej, która odbyła się w Headington (Angilia) w 1995 roku.

Dwunastu Apostołów w mocy Świętego Ducha poszło w świat. Byli otoczeni przez małą grupę uczniów, w sumie siedemdziesięcioro mężczyzn i kobiet. Nawrócili świat, wprawdzie nie natychmiastowo, jednak zdołali zasiać ziarno zrozumienia, wiedzy, nowego życia, co uczyniło świat innym, niż był przez tysiące lat wcześniej. Obecnie na świecie żyją miliony Chrześcijan różnych wyznań, ale przez nas Chrześcijan, Chrześcijaństwo wydaje się coraz mniej istotne.

Istnieje duża społeczność, która znajduje się, myśli i tworzy w świecie, który wydaje się nie mieć nic wspólnego z Ewangelią. Powiedziałem „wydaje się”, ponieważ to nie jest do końca prawdą. Wartości, na których nawet ateistyczne społeczeństwa są oparte, bardzo często mają chrześcijańskie korzenie. Chrześcijaństwo wprowadziło do świata ideę, która nie istniała w czasach starożytnych: bezwarunkową, najwyższą wartość człowieka, każdego z osobna. W przeszłości byli właściciele i niewolnicy; teraz są ludzie, mężczyźni, kobiety, wyjątkowi – każdy z nas, mimo że nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę, ma swoją wielką wartość i znaczenie w oczach Boga i dzięki temu również w społeczeństwie. A teraz w jakiś sposób staliśmy się bez znaczenia. Nie wyzywam was, nie krytykuję Cerkwi, ale myślę, że jest kilka rzeczy, które powinniśmy rozważyć, przemyśleć i odnaleźć się w stosunku do nich.

Misjonarze i pielgrzymi
Pierwsze pokolenie Chrześcijan, Apostołowie, uczniowie i ci, którzy zostali przez nich nawróceni, byli pielgrzymami. Nie było to osiadłe społeczeństwo. Pierwsi Chrześcijanie byli ludźmi, którzy przemieszczali się z miejsca na miejsce, by przynieść innym niewypowiedzianą radość nowego życia w Chrystusie i w Duchu Świętym. Z drugiej strony ci, którzy osiedli w jednym miejscu, nie tworzyli introwertycznych, zamkniętych w sobie społeczności, lecz wspólnoty ludzi, którzy szukali na zewnątrz zagubionych owieczek Królestwa Bożego. Jest to coś, co straciliśmy. Wszystkie Kościoły, w ten czy w inny sposób, realizowały tę misję. Ale uderzającym jest, że zdecydowanie zbyt często misjonarze wychodzili w świat z poczuciem ofensywnej, obrażającej, aroganckiej wyższości. Poszli w świat żeby dać to, co posiadali, ale bez świadomości, że nie posiadają niczego, że wszystko, co mogą zrobić, to podążać za świętym Pawłem, który widząc ogrom, niewiarygodne trudności w swojej misji, zwrócił się do Boga po siłę, a Pan mu odpowiedział: „Wystarczy ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali” (2 Kor 12,9). Wtedy grupy wiernych, Chrześcijan, którzy wychodzili w świat, postępując zgodnie z Chrystusowym przykazaniem: „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu!”(Mk 16,15) wiedzieli, że byli wątli i bezbronni, że nie mogli liczyć na żadną siłę, tylko tę od Boga. Święty Paweł powiedział, że nie będzie się chlubić niczym, tylko swoją słabością, tak żeby wszystko, co się dzieje, było działaniem Boga. To bardzo często nie było nastawieniem Chrześcijańskich misjonarzy - misjonarskie ruchy w Chrześcijaństwie nie są ruchami ludzi, którzy miłują swoich bliźnich Bożą miłością, którzy idą w świat gotowi umrzeć by inni mogli żyć, którzy szli w świat w swojej słabości świadomi, że sami nie mogą zrobić niczego, a tylko Bóg może zrobić wszystko.

Pewna historia wydarzyła się w życiu św. Stefana z Permu, jednego z wczesnych rosyjskich misjonarzy. Odkrył w części Permu pogan, którzy posługiwali się językiem innym niż powszechnie mówiony przez Słowian, a więc byli poza zasięgiem nauczania Ewangelii. Nauczył się ich języka i udał do Permu, gdzie zaczął modlić się wśród nich. Lokalni szamani chcieli go zniszczyć i wysłali grupę zbrojnych, by go zabili. Kiedy wrócili, kapłan zapytał: „Czy on jest martwy?” – „Nie,” odpowiedzieli, „nie mogliśmy go zabić, kiedy spotkaliśmy go twarzą w twarz, tam była taka miłość i otwartość, że padliśmy na kolana i błagaliśmy o jego błogosławieństwo.” To jest misja.

Z drugiej strony, kontrastując, pozwólcie, że przypomnę wam Zachodnich misjonarzy, którzy udali się do Indii i pisali do swoich zwierzchników w Hiszpanii: „Przyślijcie nam kapłanów, nie ma znaczenia jak źli oni będą; wszystko się nada na tych barbarzyńców.” Nie widzielił żadnej głębi, bogactwa czy piękna, które tam były. Każdy kapłan się nada! To nie jest coś, co możemy znaleźć w Ewangelii. To, co niektórzy misjonarze przynieśli, nie było radością nowego życia czy spotkaniem z żywym Bogiem. Godnym zauważenia jest, wręcz wyjątkowym w nauczaniu wczesnych misjonarzy - Apostołów to, co powiedział św. Jan: „To wam oznajmiamy, co ujrzeliśmy własnymi oczami, na co patrzyliśmy i czego dotykały nasze ręce, cośmy usłyszeli” (1 List św. Jana 11). Oni mówili z własnego doświadczenia. Można by powiedzieć: „oni byli z Chrystusem, więc mogą mówić o tym, co w Nim zobaczyli.” Ale to nie jest pełnią prawdy, bo przecież tysiące ludzi mijało Chrystusa na drogach do Ziemi Świętej, lecz bardzo niewielu Go ujrzało. Ich oczy były ślepe. Widzieli formę zewnętrzną, słyszeli dziwne, zagadkowe, wyzywające słowa, ale żadne z nich nie dotarło do ich wnętrza i nie przemieniło ich w nowy byt. Kiedy Chrystus mówił o dawaniu chleba jako Jego Ciała, ci, którzy byli wokół, odeszli, a On zwrócił się do swoich uczniów i powiedział: „Czy wy także chcecie mnie opuścić?”, Piotr oznajmił „Dokąd pójdziemy? W Tobie jest słowo życia wiecznego.” Jeśli czytacie Ewangelię, nie ma tam ani jednego ustępu, w którym Pan opisuje życie wieczne. On wskazuje, tu i tam, słowami, że to jest życie wieczne, lecz nie daje o nim żadnego wyobrażenia, które można znaleźć w literaturze mistycznej. Słowa Apostoła Piotra znaczą, że cokolwiek się mówi, słowa te powinny dotrzeć do samego sedna naszego bytu, jak dwa kamienie uderzone o siebie, dające iskrę. Kiedy nasze jestestwo jest tak poruszone, uśpione w nas życie duchowe rozkwita, rozgorzewa w nas. Tak czynili Apostołowie i wcześni Chrześcijanie, ponieważ ich doświadczenie było osobistym doświadczeniem spotkania z Bogiem twarzą w twarz. Przez to nie mam na myśli Chrystusa w ciele, a fakt, że w swoich przeżyciach poznali Boga poprzez Chrystusa i oświeconych Apostołów. Kiedy Apostoł Paweł mówił o Bogu, przemieniał się. Pewien starożytny manuskrypt podaje, że kiedy św. Paweł odpoczywał, był po prostu sobą, brzydki niczym diabeł, lecz kiedy mówił o Bogu, promieniował światłem jak anioł z Niebios.

Nie bójcie się
Kiedy Apostołowie przemieszczali się z miejsca na miejsce, nie tylko zmieniali lokalizację, oni szli z miejsca do miejsca z nowością, świeżością życia, które mogli przekazać innym. A co z nami? Czy my wnosimy coś do ludzi, których spotykamy, którzy nas otaczają? Co się stało z nami, chrześcijańską społecznością, kiedy wraz z uznaniem Chrześcijaństwa przez Konstantyna i późniejszym jego rozpowszechnieniem, Chrześcijańska społeczność stała się bezpieczna i osiadła? A obie te rzeczy mogą stać się złem. Bezpieczeństwo oznacza, że nie jesteśmy świadomi, jak niebezpieczne są ścieżki, którymi kroczymy, o czym mówi nam jedna z przypowieści. Nie zdajemy sobie sprawy z faktu, że nie jesteśmy po prostu na pokładzie statku, który poprowadzi nas przez ocean życia do wieczności. Każdy krok jest wyzwaniem. Każdy krok jest niebezpieczeństwem. Każdy krok jest ryzykiem. W każdej chwili zło jest przed nami, ale i Bóg jest z nami. Zbyt często zapominamy, że potęga Boga jest ponad wszystkimi siłami zła. Hermas, jeden z Siedemdziesięciu, mówi w jednym ze swoich pouczeń: „Pamiętaj, nigdy nie bój się mocy zła bardziej, niż ufasz w moc i miłość Boga.” I to jest przesłanie, które Apostołowie mogli głosić, ponieważ w pogańskich społecznościach, w których żyli, ludzie lękali się zła, złych mocy, szatana. Apostołowie przychodzili i mówili: „Nie bójcie się, Chrystus zwyciężył. Zło jest pokonane. Jeśli jesteście z Nim, jesteście niezwyciężeni.” To nie jest coś, co dzisiaj często słyszymy.

Męczeństwo i Bezpieczeństwo
W dzisiejszych czasach ludzie trzymają się razem i nie patrzą na świat zewnętrzny, boją się żyć w pełni, iść w nieznane, spotykać twarzą w twarz tych, którzy ich odrzucają lub im zagrażają. Biskup Bazyli [jeden z mówców na Konferencji] mówił o chrzcie z krwi. Lecz teraz tak daleko od niego jesteśmy, a z jaką łatwością o tym mówimy. Francuski kaznodzieja Bossuet mówi: „Jak kojąco jest słyszeć, że praktycznie w każdym kościele kapłani głoszą kazania o męczeństwie. Kiedy męczeństwo jest obecne, człowiek nie mówi o nim, on je znosi. Jeśli jest tak wiele rozmów o męczeństwie, to znaczy, że czujemy się bezpiecznie. Niestety.” Czujemy, że jesteśmy bezpieczni. Ale jesteśmy osiadli także w inny sposób. Jesteśmy zaskorupieni w jednym miejscu. Utworzyliśmy Chrześcijańskie społeczności, które nie są otwarte na świat zewnętrzny. Mamy służby cerkiewne i wielu ludzi czuje, że to właśnie służby są centrum; ludzie przychodzą na niedzielne Liturgie i powtarzają: „Jeśli tylko byśmy mogli nie opuszczać murów tej cerkwi, bo tam, na zewnątrz jest obcy świat.”, przy czym zapominamy że Chrystus powiedział nam: „Posyłam was jak owce między wilki. Idźcie i nauczajcie wszystkie narody.” (Mat 10:16, 28:19). Takie są właśnie owoce Liturgii. Jeśli podczas Liturgii przystąpiliśmy do wspólnoty (komunii) z Duchem Świętym i z Chrystusem, to naszym zadaniem jest wyjść i nieść tę chwałę, radość i miłość dla innych. Jednakże rozwinął się pogląd, że musimy być bezpieczni w obrębie murów kościoła, w ramach Chrześcijańskiej społeczności. Wychodzenie na zewnątrz jest niebezpieczne, a to jest właśnie to, co powinniśmy robić, o czym zapomnieliśmy.

Monastycyzm i powierzanie swojego życia
Zaczęło się to w bardzo wczesnych czasach Kościoła, kiedy staliśmy się Chrześcijanami, a wiele rzeczy się zmieniło. Mężczyźni i kobiety, którzy się przygotowywali aby żyć i żeby umrzeć za Chrystusa, byli inni od ludzi, którzy przyjęli Chrześcijaństwo za przykładem cesarza. I przystąpiwszy do Kościoła chcieli być bezpieczni, ale bezpieczni pod czyją opieką? Bożą? Nie. Bardzo często chodziło o poparcie przez władzę, o cesarskie względy. W tym momencie wydarzyło się kilka istotnych rzeczy: był to początek monastycyzmu. Ludzie śmiałego ducha opuszczali miasta i bezpieczną pozycję Chrześcijaństwa, by pójść na pustynię i walczyć ze swoimi słabościami i ze złem, które się rozprzestrzeniło w świecie. O. Jerzy Florowski podkreśla, że ci ludzie nie uciekali od wciąż pogańskich społeczności czy przed prześladowaniami. Oni uciekali od Chrześcijaństwa, które „straciło swoją sól”. Uciekali, bo Chrześcijańskie społeczności stały się bez smaku; nie było w nich nic z początkowego heroicznego wydźwięku. To był początek monastycyzmu, dla którego impuls tworzył się na przestrzeni wieków. Nawet teraz takie powinno być nastawienie każdego, kto wybrał monastyczne życie. My nie akceptujemy słabej, anemicznej, nieodpowiedzialnej postawy osiadłego społeczeństwa. Pragniemy być sami z Bogiem i razem z Bogiem uczestniczyć we wszystkich sytuacjach, które wymagają Jego obecności i ofiary naszego życia. Kiedy mówię o ofiarowaniu życia, nie mam na myśli umierania - czasami życie przez długi czas w tragicznych czy bolesnych okolicznościach może być ważniejsze, niż nagła śmierć. Rosyjski biskup, bohater z czasów sowieckich prześladowań Cerkwi, często mówił, że w tamtych czasach obowiązkiem wierzącego Chrześcijanina było przetrwać. Odkąd Kain zabił Abla, wszyscy Kaini świata próbują zabić wszystkich Abli świata, ale Able mają obowiązki do wypełnienia, więc nauczyliśmy się przetrwać tak długo, jak trzeba, by te obowiązki bezkompromisowo wypełnić, pozwalając Bogu wybrać moment, kiedy zostaniemy zabici. I Abel został zabity.

Szaleńcy dla Chrystusa

W innym czasie pojawiło się szaleństwo dla Chrystusa. Oni też odrzucili bezpieczną, osiadłą postawę. Jeśli spojrzeć na historię Imperium Bizantyjskiego albo Rosji, widać że szaleńcy Chrystusowi pojawili się licznie w momencie, kiedy imperium zaczęło domagać się praw do utworzenia bezpiecznej społeczności. W tamtym momencie pojawili się szaleńcy dla Chrystusa, którzy byli przeciw wszelkiemu bezpieczeństwu. Zachowywali się jak szaleńcy, podczas gdy wszyscy cenili wartość intelektu. Wszyscy chcemy być bezpieczni, by i nasz umysł swobodnie funkcjonował, ponieważ intelekt nie może być zniszczony inaczej niż wraz z naszym fizycznym ciałem. Ale oni odrzucili zachowywanie się w sposób akceptowalny w społeczeństwie, ponieważ państwo i Cerkiew w obrębie państwa narzucała pewne zachowania, sposób bycia, który był nie do zaakceptowania.

Później znajdujemy w Rosji i innych krajach pielgrzymów (stranników) - ludzi, którzy wędrowali od jednego świętego miejsca do drugiego, lub spędzali długi czas w samotności na bezdrożach Rosji, by być bezkompromisowo sami z Bogiem i odwiedzać miejsca, gdzie mogli znaleźć iskrę boskości. Ci ludzie odrzucili bezpieczeństwo osiadłego życia, ponieważ było to dla nich stanem największego niebezpieczeństwa, ponieważ ich własną pewnością i bezpieczeństwem był Bóg. A Bóg jest niepewny i nie zapewnia nam bezpieczeństwa, kiedy chcemy być wspierani, trzymani, chronieni. Oni wkroczyli w przygodę ostatecznego i radykalnego ryzyka.

Posiadać i być w posiadaniu
Można zapytać, co my możemy zrobić? Nie możemy wszyscy stać się pielgrzymami lub szaleńcami Chrystusowymi, jakkolwiek „głupi” jesteśmy. Pytaniem nie jest, co posiadamy. Pytaniem jest, jak się odnosimy do naszego stanu posiadania. Posiadanie dóbr jest rodzajem bycia posiadanym, możesz być w posiadaniu przez nawet najmniejszą rzecz. I tak właśnie my wszyscy żyjemy w mniejszym lub większym stopniu. W Ewangelii znajdujemy fragment o ogromnej wadze, historię króla zwołującego swych najbliższych przyjaciół na przyjęcie ślubne swojego syna. Jeden odmawia, ponieważ kupił pięć par wołów, inny odmawia, bo sam się niedawno ożenił. A co to oznacza? To znaczy, że nie tylko kupiłem ziemię, ale i myślę, że ją posiadam. Jestem jak drzewo, które nie może odejść od miejsca gdzie jest zakorzenione. Mam pięć par wołów, a więc mam co robić w życiu, ponadto jest to ważniejsze od wszystkiego, od przyjaźni, miłości, hojności czy poświęcenia. Muszę zająć się swoją pracą. Ożeniłem się, moje serce jest wypełnione, a więc nie ma w nim miejsca na radość kogoś innego. A więc kto jest zaproszony? Król posyła swoje sługi, aby przyprowadzili żebraków, a ci zagubieni ludzie, którzy zostali zaproszeni do przyjścia w obecności króla, przychodzą ze strachem i drżeniem; „My w naszych łachmanach, my którzy żyjemy życiem z kradzieży, żebrania i w niskiej moralności, jak my możemy stawić się przed oblicze króla?” Przy wejściu spotykają ich Boże anioły, które mówią: „Przyjdźcie, odziejemy was, umyjemy wasze ciała, uczeszemy wasze włosy i wtedy będziecie godni stanąć przed królem.” Tylko jeden zrezygnował, mówiąc: „Zostałem zaproszony po to by jeść, nie by się wykąpać, czy być rozpieszczanym, chcę mojego jedzenia.” I ten człowiek został wygoniony. Takie jest bardzo często nasze nastawienie. Kupiliśmy działkę, mamy woły, jesteśmy przywiązani, a więc nie możemy oddać naszego życia dla czegokolwiek lub kogokolwiek, co wychodzi poza obręb mojego ja lub mojej niewoli. Ale to nie znaczy że nie możemy być wolni. A więc pytaniem jest, czy jesteśmy przywiązani czy nie? Jest różnica pomiędzy miłością a przywiązaniem. Możesz być więźniem relacji albo możesz być wolny wewnątrz niej.

Liturgia
Ta praktyka modlitwy głęboko zespoliła się z Cerkwią, ponieważ nasze liturgiczne formy były też przeniknięte naszymi relacjami z państwem. Bizantyjski cesarski dwór w dużej mierze wpłynął na naszą prawosławną Liturgię. We wczesnym Kościele istniały jej różnorodne formy. W Bizancjum miały one stać się godne cesarza i jego świty. Tak więc struktura powstałej wtedy liturgii była zbieżna z formami znanymi na cesarskim dworze. Rezultatem tego jest przewspaniała Liturgia, którą posiadamy. Błędem jest wyobrażać sobie, że to jest jedyna forma, ponieważ we wczesnych wiekach istniało wiele liturgii, które należały do tego samego, niepodzielonego Kościoła Chrześcijańskiego. Były to: Liturgia Rzymu, św. Grzegorza Dialoga, św. Ambrożego z Milanu, Liturgia Lyonu, św. Germaina w Paryżu i wiele innych. Wszystkie one były fundamentalnie identyczne, ponieważ opierały się one na wspólnej podstawie. Ale przybierały inne formy ekspresji, które odpowiadały wolności, tak często traconej, wolności, która wywodziła się z lokalnych kultur i uwarunkowań społecznych. Powinniśmy nauczyć się modlić w obrębie danych nam liturgii, by pozyskać ze wszystkich naszych służb całe bogactwo, które mogą nam one przekazać, ale nie stać się zakładnikami ich formy.

Tradycja jako żywa pamięć
Nie chciałbym mówić o znaczeniu tradycji. Kiedykolwiek ktoś odważy się zasugerować jakąś zmianę w Cerkwi, jest on oskarżany o łamanie tradycji. Ważnym dla nas jest cenić tradycję, ale też rozumieć ją we właściwy sposób, by nie stać się zniewolonym przez fałszywe tradycje. Tradycja jest czymś danym nam od samego początku, przekazywanym z pokolenia na pokolenie. Ale to, co jest nam przekazane, jest treścią i znaczeniem, a nie formą. Pewien rosyjski biskup z czasów początków emigracji pisał, że niedopuszczalne jest służenie w zachodnim języku, ponieważ większość heretyków była urodzona na Zachodzie, zapominając, że było przecież wystarczająco wielu heretyków w Bizancjum, jak i wszędzie indziej! Kiedy tradycja jest rozumiana w takim wymiarze, stajemy się jej więźniami. Tradycja to żywa pamięć Cerkwi. Wszyscy mamy pamięć, ale często, zbyt często, zapominamy o naszej przeszłości. Ale Cerkiew nie zapomina. Cerkiew ma wieczną, niewzruszoną pamięć. Jednak pamięć nie oznacza, że nic nie może wejść w nasze doświadczenie. Owa pamięć nie zmusza nas do cofania się na każdym kroku. Jest ona doświadczeniem, które stopniowo formowało się w inne, nowe doświadczenie, zakorzenione w Bogu i natchnione Duchem Świętym. Cerkiew patrzy na każdy krok swojego rozwoju i na swoje życie, co św. Paweł nazwał: „zamysłem Chrystusa.” Chodzi tu o słuchanie nauki Ducha Świętego, a Duch Święty jest zawsze młody, zawsze nowy, zawsze współczesny. Nie każe nam żyć tak, jak żyliśmy w dwunastym wieku. W jednej z dyskusji w gronie rosyjskich biskupów na temat wyświęcania kobiet, starszy biskup wysnuł następujący wniosek: „Nie mam odpowiedzi na to pytanie, ale to nie miało miejsca w przeszłości, a więc nie powinno się wydarzyć i w przyszłości.” Czy to powinno mieć miejsce, czy nie, to już osobny temat. Ale to nie jest uzasadnieniem. Tradycja jest żywą pamięcią prawie dwóch tysięcy lat Chrześcijaństwa, żywą i podtrzymywaną przy życiu poprzez działania i natchnienia Ducha Świętego oraz utwierdzoną i niezachwianą poprzez słowa i Osobę Chrystusa. Tradycjonalizm jest tym, co rzymskokatolicki teolog w Ameryce opisał jako „martwa pamięć podtrzymywana przez żywych”. Pamięć o rzeczach, które już nie istnieją w rzeczywistości, ale są trzymane, totalnie bezużyteczne, niemniej jednak cenione. To jest herezją. To przeczy faktowi, że Cerkiew jest żywa. Św. Hermas opowiadał w swojej pierwszej wizji o spotkaniu z kobietą o niespotykanej urodzie, z twarzą dziewicy i białymi włosami. Zapytał ją: „Kim jesteś?”, na co powiedziała: „Jestem Cerkwią.” „Jak więc to jest, że wyglądasz tak młodo? Istniejesz przecież już tak długi czas.” Odpowiedziała: „Mam w sobie młodość wieczności.” „A więc dlaczego masz białe włosy?” Padła odpowiedź: „Ponieważ mam włosy świadczące o mądrości.” I taka właśnie powinna być Cerkiew, a nie niejasnym, bezpostaciowym pojęciem. Wy, ja, my. To jest Cerkiew. I my powinniśmy mieć młodość nowonarodzonych w wieczności i posiadać mądrość minionych wieków, a nawet większą mądrość, tę, którą Bóg rozciąga w wieczność.

Przywództwo i Służba
Kilka słów na temat struktury Cerkwi. Struktura Cerkwi wywodzi się ze struktur imperialnego państwa, które były ściśle hierarchiczne. Ale według o. Sofroniusza (Sacharowa), państwo to piramida stojąca na swojej podstawie, podczas gdy Cerkiew to piramida stojąca na swoim wierzchołku. W tym miejscu nie ma człowieka, ani hierarchy, ani soboru biskupów. W tym miejscu znajduje się Pan Jezus Chrystus, który sam może być głową, najważniejszym punktem Cerkwi, za Nim warstwa po warstwie ludzie, którzy wykonując diakonię (posługę) samego Chrystusa, unoszą na swoich ramionach ciężar piramidy. Kiedy mówimy o hierarchii, musimy pamiętać słowa Chrystusa: „Jestem wśród was jako ten, który usługuje” (Łk.22:27), więc ci, którzy chcą być w Chrystusie, powinni nauczyć się być sługami i nikim innym. Historycznie natomiast wytworzyła się hierarchia potęgi: hierarchia, która może dowodzić nie dlatego, że jest przekonująca, lecz dlatego, że jej słowa mogą być wyegzekwowane. Jeśli my w Cerkwi jesteśmy po prostu hierarchią siły, ponieważ mamy różne tytuły i rangi, jest to negacją istoty i życia Cerkwi. Wiemy przecież jak często święci „żadnej rangi” byli przewodnikami tych, którzy byli o wiele wyżej w hierarchii lub w społeczeństwie. W Cerkwi potęga powinna być zastąpiona poprzez służbę, przez diakonię, bo dopóki wierzymy w siłę, a nie w diakonię hierarchii, nie jesteśmy Ewangeliczną Cerkwią.

To znaczy, że powinniśmy ponownie rozważyć sytuację ludzi świeckich, duchownych i episkopatu. Po pierwsze, diakoni pojawili się jakiś czas po Wniebowstąpieniu Chrystusa. Byli oni wyznaczani przez Apostołów do pełnienia określonej funkcji. Nie należą do pierwotnej Ewangelii, którą czytamy. Później pojawili się kapłani, którzy przejęli zadania Apostołów, wytworzyło się starszeństwo w łasce i w funkcji. A więc to nie z Ewangelii wywodzi się hierarchia. Cerkiew wiedziała tylko jedno. Być Ciałem Chrystusa, świątynią Ducha Świętego, kontynuacją historii Wcielenia i głosu Ducha Świętego pouczającego nas, by głosić to, czego nauczył nas Chrystus. To są ludzie Boży, których możemy znaleźć w Listach Apostolskich określonych jako „królewskie kapłaństwo” (1 P 2:9), którzy powinni uświęcić wszystko, czego się dotkną, którzy mogą uświęcić wszystkie rzeczy poprzez uprzednie uświęcenie siebie i doprowadzenie do świętości wszystkiego co robią i czego dotykają, do momentu kiedy Bóg może być „wszystkim we wszystkim”. Św. Bazyli przypomina, że „każdy może rządzić, ale tylko król może oddać swe życie za swoich podwładnych”, a każdy z nas pod tym względem jest objęty królowaniem Chrystusa, Jego przykazaniem by umrzeć za naszego bliźniego i dla zbawienia całego świata. A więc to są ludzie świeccy, całe Ciało Chrystusa, a wewnątrz niego są duszpasterze, w nim. Bardzo ważnym jest pamiętać, że wszyscy jesteśmy ludźmi świeckimi, i biskupi są ludźmi świeckimi, lecz z biskupią łaską. Wszyscy utrzymujemy, że jesteśmy członkami Ciała Chrystusowego, a jeśli jesteśmy jego częścią w znaczeniu indywidualnym, to tylko w takim stopniu, w jakim powierzamy nasze życie innym.

Wolność, Posłuszeństwo i Wiara
Kilka końcowych słów o wolności i wierze. Bardzo często nie wiemy, co znaczy wolność, ponieważ zbyt często zostaliśmy nauczeni o cnocie posłuszeństwa. Posłuszeństwo jest zbyt często rozumiane w Cerkwi jako zniewolenie, bycie podległym, gotowym do bycia dowodzonym i podlegania. Ale to nie jest wolność. Prawdziwe posłuszeństwo znacznie się różni. Posłuszeństwo pochodzi od słuchania i słyszenia, a nie ze szkoły czynienia, jak nam ktoś powie. Jest to droga uczenia się od kogoś, kto ma więcej doświadczenia, czegoś co pozwoli nam wzrastać we własnym doświadczeniu i, ucząc się wyrzekania się własnej woli, własnych uprzedzeń, własnego ograniczenia umysłu, rozszerzamy się do miary tego, kto nas uczy; musimy uczyć się stopniowo słuchania głosu Ducha Świętego wewnątrz nas. I kiedy czytamy Ewangelię, powinniśmy nie tylko słyszeć jej słowa i przykazania, ale też głos prawdy docierający do nas i przemieniający nas. Wolność przestaje być zaprzeczeniem posłuszeństwa. Słowo wolność pochodzi od sanskryckiego słowa „priyia”, co jako czasownik oznacza „kochać” i „być kochanym”, a jako rzeczownik znaczy „mój ukochany”. Wolność to związek wzajemnej miłości; powierzenia siebie komuś innemu, gotowość słuchania całym naszym umysłem, całym sercem, całym naszym jestestwem i kochania całym naszym umysłem, całym naszym sercem, całym jestestwem. Więc jeśli to jest prawdą, powinno urzeczywistnić się, dotrzeć do sposobu życia, ponieważ zbyt często wyobrażamy sobie, że jesteśmy Chrześcijanami lub Prawosławnymi, ponieważ wyznajemy pewne prawdy określone przez sobory lub „nadrzędne władze”. W rzeczywistości musimy nauczyć się otrzymywać wszystko, co zostało nam dane w przeszłości, otrzymywać ze świeżością serca i umysłu, z wiarą, która przejawia się we wszystkim. Wiara zdefiniowana jest jako pewność rzeczy, które nie mogą być zobaczone, ale wiara to też wierność, wiara to też sposób życia.

Prawo do mówienia, że jesteśmy Prawosławni
Tak więc, jeśli żyjemy zgodnie z Ewangelią całą naszą odwagą, wszystkimi naszymi siłami (i kiedy nie mamy energii ani odwagi, zwracamy się do Boga, mówiąc: „Panie, wypełnij moją słabość Twoją siłą; zastąp moje tchórzostwo Twoją odwagą; zamień moją gnuśność w Twoją nieposkromioną energię”), wtedy i tylko wtedy mamy prawo mówić, że jesteśmy Prawosławni. Podsumuję słowami pastora Vissera Hofta, pierwszego generalnego sekretarza Światowej Rady Kościołów, który powiedział: „Można być heretykiem nawet wtedy, kiedy wygłasza się każdy artykuł Symbolu Wiary (Wieruju), jeśli zdamy kłam jednemu lub im wszystkim przez sposób, w jaki żyjemy. Można być heretykiem zaprzeczając prawdzie, nie żyjąc według prawdy.”

Żródło

Fot. Jarosław Charkiewicz