cerkiew.pl

Wiara Boga w człowieka (część 2)

tłum Joachim Jelisiejew, 04 stycznia 2019

Nawiązując do poprzedniej części, chciałbym powiedzieć teraz kilka słów o nadziei. Każdy z nas, spoglądając na siebie, może zastanawiać się, na co możemy mieć nadzieję? Przecież ciągle usiłujemy się poprawić, ciągle chcemy dokonać postępu w jakimś aspekcie, i ciągle powracamy do poprzedniego stanu. Przypomnijmy sobie nasze spowiedzi: ile razy już spowiadaliśmy się z dokładnie takich samych grzechów? Spowiadamy się i odchodzimy z ulgą: przynajmniej powiedzieliśmy, wyraziliśmy swój wstyd lub ból. Odchodzimy z postanowieniem poprawy i po bardzo krótkim czasie wracamy na taką samą spowiedź, z tych samych grzechów. Dlaczego tak jest? Gdy czytamy żywoty świętych, nie słyszymy, by oni przychodzili do spowiedzi raz po raz, a przeciwnie: widzimy człowieka, który postępował i żył w sposób niegodny miana człowieka, nie mówiąc już o byciu godnym Boga, i nagle zobaczył siebie takim, jakim naprawdę jest. Zobaczył i przeraził się zrozumiawszy, że jest w takim stanie, że nawet nie ma prawa nazywać się człowiekiem i że, gdy stanie przed Bogiem, nie będzie miał nic na swoją obronę. Przyznać się, że nie było się nawet człowiekiem, to za mało. Ale właśnie człowiek, który zobaczył siebie tak wyraźnie, z taką siłą, może się zmienić. Może, bo zobaczył siebie w śmiertelnym niebezpieczeństwie, zobaczył, że żyje w nim nie życie, a śmierć. Zobaczył, że fizjologicznie nie jest jeszcze trupem, ale jest już martwy w środku. U wielu świętych jest taki moment: pod jakimś wpływem, lub ujrzawszy coś w innym człowieku, lub na skutek jakichś okoliczności, nagle ujrzeli siebie. I ujrzawszy, zrozumieli, że nie sposób być takimi. Nie można żyć i pozostać takimi.

Odnosząc się do tego, co powiedziałem wcześniej: nagle możemy rozbudzić w sobie nadzieję zamiast zwątpienia i poczucia beznadziejności. Nadzieja ta nie opiera się na wyobrażaniu sobie, że możemy dołożyć starań, zmienić się i że wszystko będzie dobrze — przecież wiemy z doświadczenia, ile razy chcieliśmy, marzyliśmy i niczego ostatecznie nie dokonaliśmy. Ale nadzieja może pojawić się, i to na zawsze, niezniszczalna i nie tracąca blasku, dlatego że Bóg nas zna. On wie, jacy jesteśmy. I mimo tego On nie tylko nas kocha. On również wierzy w nas. Można kochać, nawet bez nadziei: ileż matek kocha swe dzieci, które są rozwiązłe, są narkomanami czy zabójcami. Ich miłość pochodzi z macierzyńskiego serca, ale nie zawsze uszlachetnia i przemienia te dzieci. Aby przemienić człowieka, trzeba mu wykazać w jakiś sposób, że wciąż się w niego wierzy. To, co mówiłem wcześniej, należy odnieść tutaj. Bóg wierzy w nas. Mamy podstawy, by być przekonanymi o tym, by uwierzyć w Bożą wiarę w nas. Mówiłem już, że Bóg nie mógłby stworzyć nas bez wiary w nas. On nie mógłby dać nam wszystkiego tego, co dał: ciała, rozumu, serca, woli, przeszłości, przyszłości. Nie mógłby nam tego dać bez wiary. Ale przede wszystkim wiemy: Bóg wiedział, co się z nami stanie i stworzył nas. Bóg wiedział też, co stanie się z Nim w rezultacie tego szalonego aktu stworzenia i dania człowiekowi wolnej woli. Mówię tutaj „szalonego” i nie jest to bluźnierstwo, bo apostoł Paweł mówi (1 Kor 1, 23) o szaleństwie krzyża, którego nie można w żaden sposób wpasować w nasze ludzkie logiczne wywody. Skoro wierzy w nas Bóg i skoro wierzą w nas niektórzy ludzie wokół, to i my możemy mieć nadzieję, możemy zacząć żyć ich wiarą w nas i mieć nadzieję, że ostatecznie wiara Boga i kochających nas ludzi okaże się uzasadniona.

W jaki sposób? W jakim stopniu? Tego powiedzieć nie umiemy. Rozumiemy, że nie chodzi o to, by wybaczyć nam nasze grzechy. Chodzi o to, byśmy stali się innymi ludźmi, nowym stworzeniem, o którym mówi Nowy Testament. Skoro wierzy w nas Bóg, skoro pewni ludzie, oświeceni przez Boga, którzy otrzymali od Niego zdolność ujrzenia, wierzą w nas, to i my możemy mieć nadzieję i wierzyć w siebie.

Nadzieja to nie łatwowierność. Nie chodzi o to, że wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu uważamy, że się uda, że się ułoży. Mówiłem już, jak możemy i niewątpliwie powinniśmy oglądać się w świetle Ewangelii, czytać ją bez uprzedzeń, ale najuczciwiej: z całą uczciwością i sumiennością, na jaką możemy się zdobyć. Wspomnijmy przypowieść o Siewcy, który siał, a ziarno padało na drogę, wśród cierni przydrożnych, na piaszczystą ziemię i na dobrą glebę. Nikt z nas nie jest w całości jednym rodzajem gruntu. W różnych momentach jesteśmy tą lub inną glebą. Bywa, że jesteśmy jak kamienie, jesteśmy nieprzepuszczalni, żaden pług nie zdoła przeorać naszego skamieniałego serca. Albo nie widzimy w sobie nic prócz cierni, i inni też nie widzą. Czasami jesteśmy jak droga zdolna na przyjęcia ziarna, ale nie głęboko. A czasami jesteśmy tą żyzną glebą: żywe słowo pada w naszą duszę i nagle coś się w nas zapala, stajemy się żywi. Z rzeźby zmieniamy się w żywego człowieka. Dlatego powinniśmy, nie tylko gdy czujemy w sobie wrażliwość i zdolność do przyjęcia, ale w każdym momencie życia, wpatrywać się w lustro Ewangelii, wsłuchiwać się w słowa Chrystusa, obserwować Jego czyny, śledzić słowa i reakcje innych, i patrzeć, jak postępuje Chrystus. Niekiedy nic nie będziemy czuć. Niekiedy zapalimy się na mgnienie, ale potem ogień zgaśnie. A niekiedy to, co zobaczyliśmy lub usłyszeliśmy, tak zapadnie nam w duszę, że już żadnymi siłami nie uda się tego wyrwać.

Pomyślmy o tym, jak Chrystus w Ziemi Świętej głosił Swoje słowo. Okrążały Go tłumy, a konkretny człowiek przychodził do Niego i zadawał pytanie, które w nim dojrzało i na które musiał znaleźć odpowiedź, by żyć. Chrystus zwracał się do tego konkretnego człowieka i odpowiadał na jego pytanie, na pytanie, które decydowało o życiu lub śmierci. W tłumie byli też ludzie, którzy mgliście rozpoznawali to pytanie, bo ono już w nich kiełkowało, ale jeszcze nie dojrzało. Ci ludzie słuchali i jakby z oddali słyszeli wagę tego pytania i odpowiedzi, i chronili je w sercu, czekając na moment, gdy pytanie dojrzeje i odpowiedź będzie miała decydujące znaczenie. Ale w tłumie byli też ludzie, zapewne większość, dla których pytanie było niezrozumiałe a odpowiedź obco brzmiąca, a więc wzruszali ramionami i odchodzili, bo po co słuchać? My też tacy bywamy: bywamy jak ludzie w każdej z tych trzech sytuacji. Dlatego tak ważne jest wsłuchiwanie się w Ewangelię. Są chwilę, gdy Ewangelia jest życiodajną siłą: „Panie, do kogóż pójdziemy? Słowa życia wiecznego masz” (J 6, 68). Nie chodzi tu o opisy wieczności, a o słowa Chrystusa, które sprawiały, że nagle, w jednej chwili, cała wieczność stawała się żywa.

Jest to droga, która jest nam dana i dla nas dostępna. Mamy Ewangelię i możemy ją czytać. Wsłuchiwać się w nią moglibyśmy, gdybyśmy chcieli. Nie zawsze wystarczy chcieć; trzeba jeszcze znaleźć chwilę całkowitego spokoju i czytać, wsłuchując się z nadzieją, bo skoro Bóg i, być może, niektórzy ludzie, wierzą w nas, to jest i przed nami jakaś droga. Chrystus nie tylko wzywa nas do życia. On sam powiedział o Sobie Ja Jestem Drogą, Prawdą i Życiem (J 6, 14). A więc możemy mieć nadzieję na wszystko, na wszystko, ale nie może być to pasywna nadzieja. Powinniśmy szukać w sobie samych obrazu Bożego, trzeba oczyścić drogę Bogu (Mt 3, 3). To jest w naszej gestii. Gdy chcemy czytać Ewangelię, powinniśmy zamknąć nie tylko drzwi swojego pokoju, ale nawet zmysły, aby nic do nas nie przenikało, nic nie rozpraszało naszej uwagi. Powinniśmy otworzyć się tylko na Ewangelię. Jest to całkowicie wykonalne: przecież gdy czytamy interesującą książkę, przestajemy widzieć i słyszeć, co się dzieje dookoła. Gdy jesteśmy pochłonięci jakąś myślą, stajemy się, jak mówią otaczający nas ludzie, roztargnieni: nikogo nie słyszymy i nie dostrzegamy. Powinniśmy nauczyć się czytać Ewangelię z tym samym skupieniem. Możemy to zrobić, bo żyje w nas nadzieja i to nadzieja, która nie zawiedzie (Rz 5, 5), bo jest oparta na doskonale niewzruszonym fundamencie: na wierze Boga w nas. Ale i ludzie grają pewną rolę, bo nie zawsze możemy przyjąć żywo to, co mówiłem o wierze Boga w nas. Ale zawsze możemy przyjąć wiarę ludzi w nas, przypominającą nam, że mamy prawo wierzyć w siebie, bo wierzy w nas Bóg i oni w nas wierzą.

Przychodzi do mnie wielu ludzi. U większości z nich problem nie leży w braku wiary w Boga, a w braku wiary w siebie: taki człowiek nie widzi w sobie żadnej wartości, żadnego sensu, i jeśli tylko uda się mu przekazać, że ja: na pół ślepy, niepojętny, głupi, nieuduchowiony, mogę mimo wszystkich tych ograniczeń widzieć w nim obraz Boga, że ja mogę wierzyć w niego, to może to być decydujące. Możemy w ten sposób służyć sobie wzajemnie, każdy każdemu. Niekiedy jest to bardzo proste, gdy mówimy człowiekowi:

— Ty nie widzisz siebie, ale ja widzę w tobie rozum, serce, tyle innych dobrych cech.

A gdy odpowiada on: „Ale ja ich nie widzę!”, możemy odpowiedzieć słowami św. Tichona Zadońskiego, którymi pisał do pewnego kapłana: „Gdy ludzie Ciebie chwalą, nie przecz im, bo dołożą do twoich rzekomych cnót jeszcze i pokorę, której w ogóle u ciebie nie ma. Zamiast tego, postaraj się stać się takim, jakim oni ciebie widzą. Oni mówią, bo ujrzeli to, co jest w tobie ukryte.” Oczywiście nie chodzi tu o pochlebców, którzy dwulicowo kłamią dla podlizania się komuś, a o tych niedoskonałych, ale przecież w jakimś stopniu doskonałych, ludzi, w których jest i piękno Boże.

Powinniśmy pamiętać, że jest to do pogodzenia ze wszystkimi rodzajami życia. Ludzie często czytają pisma świętych Ojców, zwłaszcza ascetów, i Ojców Pustyni, i starają się wewnętrznie przyjąć to, co Ojcowie mówią, a potem dostrzegają, że nie potrafią swojego życia wśród ludzi urządzić tak, żeby życie wewnętrzne współgrało z warunkami zewnętrznymi. Jak więc żyć pełnią życia duchowego, skoro możliwości jej realizacji są ograniczone? Myślę, że robimy tu wielki błąd. Staramy się przenieść reguły życia z jednych okoliczności w inne, starając się przenieść formę, bez rozumienia treści. Czytając Ojców możemy zobaczyć, jak żyli, jak czuli, jak myśleli, i możemy nauczyć się tego, co żyło w ich duszach, co przenikało ich umysł, co decydowało o ich życiu. Możemy postawić sobie pytanie: „Tak, w jakimś stopniu, może bardzo małym, i ja kocham Boga, znam Boga i chcę za Nim podążać. Co więc mogę uczynić pod ich kierownictwem? Jak mogę przetłumaczyć te absolutne reguły, które zostały mi przedstawione na przykładach i w pouczeniach, na język współczesności i mojego prywatnego życia, i okoliczności w których się znajduję?”

Trzeba się tutaj nauczyć zdrowej, realistycznej pokory. Przypominam sobie, jak po raz pierwszy przyszedłem na spowiedź do ojca Atanazego. Wyspowiadałem się jak najszczerzej. Skoro on był mnichem i żył surowym ascetycznym życiem, myślałem, że powie mi „Oto, czego wymaga od ciebie Ewangelia. Oto absolutne reguły — idź i wypełniaj je!” Byłem bardzo rozczarowany, gdy powiedział mi: „Oto, co należałoby zrobić. A teraz stań i zastanów się, co z tego możesz zrobić. Na co starczy Ci męstwa, czasu, możliwości, dobrej woli? Ustal, co rzeczywiście łatwo możesz zrealizować. Gdy nauczysz się dokonywać rzeczy łatwych, wtedy porozmawiamy o trudniejszych.” Często nie odkrywamy, jak zrobić to, co należy, bo zamiast rozpoczynać od zwycięstwa nad małym, chcemy wziąć się za wielkie. A Ewangelia mówi W małym byłeś wierny, nad wieloma cię postawię (Mt 25, 21).

A więc fundamentem wszystkiego powinno być przyjęcie przez nas Bożej wiary w nas. Musimy wzajemnie przejawiać swoją wiarę w ludzi. Powinniśmy nauczyć się w ten sposób wierzyć w siebie i mieć nadzieję na wszystko. Ale wierzyć w siebie rozumnie, wierzyć w siebie radośnie, wierzyć w siebie twórczo. Ta wiara zaczyna się w chwili, gdy mówimy „Nie sposób w to uwierzyć! Ale skoro mówisz, to przyjmuję, że tak jest. Patrząc na siebie, jestem przekonany, że nie sposób we mnie wierzyć. Ale skoro ty wierzysz, to przyjmuję twoją wiarę z wdzięcznością.” Z tego rodzi się nadzieja, która jak już mówiłem, nie zawodzi. A z niej w pewnej chwili może narodzić się miłość do Boga, miłość do bliźniego, który uwierzył w nas i może pojawić się zdrowa, prawdziwa miłość do samego siebie, tzn. do Bożego piękna, do obrazu Boga w nas, który jest tak piękny a który bywa tak zniekształcony przez nasze działania, przez działania innych i przez okoliczności.

Powinniśmy jednak przypomnieć, że nie można tego wszystkiego osiągnąć swoimi siłami. Nie można swoimi siłami stać się żywym obrazem Chrystusa, przyjąć Świętego Ducha i stać się Gorejącym Krzewem, stać się córką czy synem Bożym. O tym tak wyraźnie mówi apostoł Paweł, który stojąc przed zadaniem nawrócenia całego świata na chrześcijaństwo, prosił Boga o siły, widząc, że swoimi siłami niczego nie zdoła uczynić. A Chrystus odpowiedział mu Moc w słabości się doskonali (2 Kor 12, 9). W jakiej słabości? Oczywiście nie w zacofaniu, nie w tchórzostwie, nie w lenistwie, nie w zapominalstwie, nie w osłabieniu.

Chodzi o inną słabość. Można ją przedstawić w różnych obrazach. Można przywołać obraz dziecka, które tak wierzy matce i ojcu, że nie broni się przed ich pieszczotą, że rzuca się w ich objęcia, że jest gotowe do przyjęcia ich nauki. Dziecko rośnie i w pewnej chwili zapomina o cudownym uczuciu całkowitego zaufania i poddania się rodzicom, i zaczyna działać samodzielnie. Widzieliśmy pewnie, jak się uczy dziecko pisać: wkłada mu się ołówek w rękę i każe trzymać go osobliwym sposobem, trzema palcami, choć dziecko naturalnie chciałoby trzymać go jak sztylet. Dziecko poddaje się i matka zaczyna prowadzić jego rękę, a ono, nie wiedząc, czego się od niego oczekuje, nie przeszkadza i spod ręki wychodzą proste linie i koła, i wszystkie kształty. I nagle dziecko myśli, że zrozumiało i zaczyna pomagać, a wszystko staje się pokreślone. Powinniśmy nauczyć się słabości, która nie wyprzedza działania Boga, a która pozwala ręce Boga prowadzić naszą rękę. Innym obrazem jest żagiel. Żagiel jest najbardziej wątłą częścią statku, ale ten żagiel, gdy napełni się wiatrem, niesie statek przez morze. Tak samo jest z nami, gdy staniemy się elastyczni.

Dlatego apostoł Paweł cieszył się ze słabości, z tego, że jest niezdolny do niczego. Apostoł wiedział, że jeśli tylko byłby przejrzysty i podatny na działanie Łaski, wszystko byłoby możliwe. Jak cudownie, że wszystko jest możliwe w umacniającym nas Panu Jezusie Chrystusie (Flp 4, 13) … Dlatego nasza nadzieja nie opiera się tylko na tym, że Bóg nas kocha, a również na tym, że jeśli tylko pozwolimy Bogu działać, staniemy się Jego pracownikami i wszystkie Jego obietnice wypełnią się w nas.

Zbliżamy się do świąt Bożego Narodzenia. Wszystko, o czym mówiłem, jest zawarte w cudzie Jego narodzenia. Przed nami leży Dziecię, Które oddaje Siebie do końca, Które jest Twórcą Świata i jednocześnie słabym, bezbronnym Dziecięciem, jak Miłość.

Boże Narodzenie mówi nam o Miłości Bożej, która nas wzywa i o wierze Boga: On wie, że nie na darmo stworzył nas, żył na ziemi dla nas, uczył nas i umarł na Krzyżu. Jak odpowiedzialnie powinniśmy odpowiedzieć na taką miłość i taką wiarę? Zwróćmy uwagę nawet bardziej na wiarę, bo nie wiemy, czym jest miłość, a wiara rzuca się nam w oczy, zdumiewa nas tak, że aż przeraża. Dlatego możemy mieć nadzieję nie tylko na Boga, ale i na wszystko, jeśli tylko damy Mu swobodę i przestrzeń do działania w nas i poprzez nas. Jak ważni i istotni jesteśmy dla siebie wzajemnie: przecież tę tajemnicę wiary możemy przeżyć tylko z pomocą innego człowieka. Trzeba bardzo dojrzeć duchowo, by przyjmować wiarę Bożą bezpośrednio. Ale jak prosto, z radosnym zdumieniem, jest zobaczyć, że wierzy w nas nasz bliźni, że on nie czeka na to, że staniemy się doskonali, a wierzy w ukryte i niewidzialne w nas mocniej, niż wierzy swoim oczom. Można tego doświadczyć w różnych sytuacjach i każdy może tego doświadczyć od każdego, ale szczególnie można to zobaczyć spotykając się z przestępcą, gdy wydaje nam się, że nie ma w nim nic prócz zła i gdy odkrywamy, że pod skorupą, niekiedy bardzo grubą, bije żywe serce, i że jeśli tylko powiemy mu o wierze, nie o wierze w Boga, a o wierze w człowieka, on może drgnąć i ożyć.

Źródło: masarchive.org, mitras.ru