cerkiew.pl

Wiara Boga w człowieka (część 1)

tłum. Joachim Jelisiejew, 02 stycznia 2019

Zastanówmy się nad Narodzeniem Chrystusa, ale nie nad teologią, a nad tym, jak ono odzwierciedla się w naszym życiu.

Sądzę, że po pierwsze Narodzenie mówi o tym, jak bardzo Bóg wierzy w człowieka. Po drugie, mówi ono o naszej odpowiedzialności związanej z tą wiarą. Po trzecie, mówi ono o nadziei, którą Wcielenie powinno w nas rodzić. Nadzieja ta ma być odpowiedzialna i pełna powagi, i powinniśmy na nią odpowiedzieć całym życiem.

Wiara Boga w człowieka niezbyt często staje się tematem rozważań, a przecież to tak wspaniały temat! Bóg powołał nas i całą ludzkość z niebytu. Każdego z nas osobno powołuje On z niebytu: bez Jego woli nikt się nie rodzi. Dlatego od pierwszych chwil naszego istnienia jest między Nim a nami głęboka więź: On wezwał nas, a my stanęliśmy przed Nim. On wymówił słowo, które okazało się siłą przywołującą nas do istnienia. Można tutaj wspomnieć, że w Apokalipsie św. Jana mówi się, że na koniec czasów, po drugim przyjściu Chrystusa, każdy z ludzi otrzyma imię, które będzie znać tylko ten człowiek i Bóg. Czy nie oznacza to, że każdy z nas jest dla Boga jedyny, niepowtarzalny i że stosunki każdego z nas z Bogiem są jedyne w swoim rodzaju, nieporównywalne z niczym i unikatowe? Ludzkość jawi się tutaj jako cudowna, olbrzymia i wciąż rosnąca mozaika, a każdy z nas obrazuje jeden kamyczek, ale jest to kamyczek, na którym trzyma się ta cała mozaika: jeśli wyjąć jeden z nich, zacznie się rozsypywać cały wszechświat.

Każdego z nas Bóg powołuje do istnienia z niewyrażalnej i po ludzku niezrozumiałej miłości do nas. Niezrozumiałej, bo i Bóg, i my wiemy, jak obojętni jesteśmy na miłość ludzką i, jeszcze bardziej, na miłość Bożą. A Bóg każdego z nas powołuje do istnienia, abyśmy uczestniczyli w misterium wzajemnej miłości. On jest Oblubieńcem całego stworzenia, a każda ludzka dusza jest jakby niewiastą. I On, w Swojej wolnej Woli, powołuje do istnienia każdego z nas, jakby wierząc, że nie zawiedziemy Jego oczekiwań. Można spytać: jaki jest plon tej wiary? Pierwsza para ludzi zdradziła swoje powołanie, zgrzeszyła i oddała cały świat we władzę diabelską. Jak można wierzyć w potomków Adama i Ewy po takim wydarzeniu? Jak można wierzyć w ludzkość, która wydała nie tylko Abla, ale i Kaina, i która przez cały czas kala stworzony przez Boga świat swoją zachłannością, nienawiścią, strachem, wszystkimi możliwymi grzechami. Jak to jest możliwe, że Bóg stworzył nas uwierzywszy, że Jego twórczy akt nie będzie bezcelowy, że być może w ostatecznym rachunku spełnimy pokładane w nas nadzieje? Mówię, „być może”, bo to zależy od nas, a nie jedynie od Boga. Bóg powołuje nas do istnienia. Bóg daje nam wolność, bez której nie ma miłości. Bóg odsłania się nam, w miarę jak okazujemy się zdolni do przyjęcia Go, odkrywa nam całą Swoją głębię. Odsłonić się znaczy także stać się bezbronnym. Odkryć się komuś, to oddać się w jego ręce. Rzeczywiście, gdy Bóg proponuje nam Swoją miłość, a my całym swoim życiem (może nie słowami, ale życiem) odrzucamy ją, czy nie przygotowujemy lub nie uczestniczymy w Ukrzyżowaniu?

W swojej wszechwiedzy, w Swojej Mądrości Bóg wiedział, co się stanie po stworzeniu człowieka. Ale nawet to nie powstrzymało Jego miłości i nie osłabiło Jego wiary w nas. On nie stworzył nikogo i niczego przeznaczonego na zatracenie. Powinniśmy nad tym niekiedy pomyśleć: „Bóg stwarzając nas, przejawił Swoją wiarę w człowieka. Co to znaczy dla mnie osobiście? Co to znaczy dla stosunków międzyludzkich?”. Dochodzimy tutaj do pojęcia odpowiedzialności. Odpowiedzialność zawsze kojarzy nam się z chwilą, gdy staniemy przed sądem: albo sądem sumienia, albo sądem ludzkim, albo sądem Bożym. Ale odpowiedzialność rozpoczyna się, gdy odpowiadamy na coś. Bóg mówi nam „Uwierzyłem w ciebie i powołałem ciebie z niebytu. Swoją wiarę włożyłem w ciebie i stałeś się.” Jak odpowiadamy na to? Odpowiedzi bywają bardzo różne i nawet jeden i ten sam człowiek udziela różnych odpowiedzi, w różnych chwilach życia. Są tragiczne chwile, gdy człowiek mówi „Czy prosiłem Ciebie, Panie, byś stworzył mnie dla tego mrocznego, brutalnego życia, które mi przypadło?” Są chwile rozpaczy, gdy człowiek mówi „Panie, po co mnie stworzyłeś? Obiecano mi radość, ale czy ona jest warta tego, że rok za rokiem, dziesięciolecie za dziesięcioleciem muszę żyć, nieść brzemię życia, które mnie przygniata? Gdyby tylko można było zapomnieć, zasnąć, odejść w niebyt”. Są chwile, gdy w głębokiej radości odpowiadamy Bogu „Dziękuję za życie!”. Czy to znaczy, że odpowiedzieliśmy na wiarę Boga i na wezwanie Jego miłości? Przed Bożym Narodzeniem czyta się przypowieść o wezwanych i wybranych. Wszyscy z nich wewnętrznie chwalili Boga i los za swoje istnienie. Jeden z nich kupił kawałek ziemi i stał się bogaty: posiadł ziemię, jest gospodarzem i może po niej chodzić, cieszyć się i zrobić z nią, co zechce. Ziemia jest też mu po ludzku bliska: przecież został stworzony z prochu ziemi, ziemia jest jego matką. Jak nie cieszyć się z tego związku: kiedyś on się z niej urodził, a teraz jest gospodarzem i panem: „Dzięki Ci Panie, że dałeś mi władzę nad tą ziemią!” Drugi z nich kupił pięć par wołów. Teraz może pracować, może uprawiać ziemię, w tę ziemię będzie wchodzić jego pług, w tę ziemię będzie wrzucać ziarno i nawóz, zmusi ziemię do dania plonu. I może za to dziękować Bogu: „Otrzymałem władzę, te pięć par wołów jest moich, mogę z nimi robić, co chcę.” Trzeci ożenił się: jego dusza jest pełna radości i nie potrzeba mu innej radości. Gdy Bóg wzywa go na swoje wesele, ten odpowiada: „Twoje wesele jest mi niepotrzebne, mam swoje”. Oto odpowiedzi, które tak często dajemy Bogu. Oto początek odpowiedzialności. Bóg uwierzył we mnie, jak Oblubieniec zaproponował mi swoją miłość, a ja odpowiadam: „Twoje dary z chęcią przyjmuję, a Ty poczekaj. Gdy skończy się wszystko ziemskie, może zdążę zawrócić i przyjść do Ciebie.” Jak Bóg może wierzyć w takiego człowieka? Jak może Bóg aktem wiary nas stworzyć, włożyć w nas wiarę i oddać Swoje życie, aby ten niewierny człowiek opamiętał się?

Bóg stał się człowiekiem. Na to też trzeba jakoś odpowiedzieć, nie w sensie prawnym, a w sensie wewnętrznej odpowiedzi. Popatrzmy: w jasełkach leży bezradne Dziecko, Niemowlę, które jest całkowicie podporządkowane innym. Wszechmocny, pełen chwały Bóg leży przed nami jako bezradne, delikatne, całkowicie zależne od nas, bezbronne Dziecko, które nie ma władzy nad Sobą. Co z Nim zrobią ludzie? My wiemy. Matka Boża przyjęła je, stała się miejscem najświętszym, miejscem przebywania Boga. Józef, dopóki anioł nie odkrył mu tajemnicy Wcielenia, bił się ze swoimi wątpliwościami. Mędrcy szli za gwiazdą, wiodącą ich, jak śpiewamy, ku Słońcu Prawdy, ku blaskowi Boga. W Dzieciątku Mędrcy jakimś nieznanym nam sposobem zobaczyli Człowieka skazanego na śmierć, Boga wcielonego i Króla. Króla, który leżał w jasełkach, odrzucony przez wszystkich z wioski, w której Matka Boża i Józef szukali schronienia. Pastuszkowie z czystym sercem przyszli ze względu na świadectwo aniołów i pokłonili się Mu. Lecz już w tę noc rozpoczęło się odrzucenie Boga. Jaka była odpowiedź każdego z ludzi na Jego wcielenie? Matka Boża z Józefem pukała w każde drzwi, szukając schronienia, by urodzić Syna i każde drzwi zamykały się przed nią: „Jesteśmy tu zebrani ze swoją rodziną. Obcy nie są nam potrzebni. Jest nam ciepło i dobrze. Jesteśmy bliscy sobie. A wy, obcy, odejdźcie”. A Herod w tym czasie szykował śmierć temu, o kim wiedział, że jest królem Izraela, obawiając się, że w tę noc urodził się jego rywal do królestwa ziemskiego. Jedenaście tysięcy dzieci było zabitych w okolicach Betlejem w poszukiwaniu Jedynego, które chcieli zabić i które Bóg uchronił od ludzkiej niewierności i złości. Te dzieci były pierwszymi męczennikami za Chrystusa. Oto odpowiedzi, które ziemia od razu, w pierwszych chwilach, dała Miłości Bożej. Jak On może w nas wierzyć?

A On wierzy, nie zaprzestał tworzenia z nicości nowych i nowych ludzi. Ale czy nie jesteśmy odpowiedzialni za odpowiedź, którą dajemy na ten akt? Odpowiedzialni w sądowym sensie słowa. Gdy staniemy przed Nim, nie oderwawszy się sami, a oderwani śmiercią od wszystkiego, co nas zniewala, jak staniemy przed Nim i jak odpowiemy? Jak odpowiemy, gdy ujrzymy Chrystusa Zmartwychwstałego, siedzącego po prawicy Boga Ojca, ale na Swoim ciele mającego rany od gwoździ i wieńca cierniowego? Gdy zrozumiemy, że jeśli nie byłoby nikogo innego na ziemi, może tylko ja byłbym lub byłabym przyczyną Jego śmierci? Niewątpliwie każdy z nas, kto utracił jedność z Bogiem, a nie próbuje ze wszystkich sił iść w stronę Boga, jest odpowiedzialny za Wcielenie i Ukrzyżowanie: bez naszych grzechów niepotrzebna byłaby śmierć krzyżowa. Gdyby ktoś został zabity, próbując nas uratować, czy moglibyśmy o tym zapomnieć? Nie. A przecież Bóg staje się człowiekiem, jest krzyżowany, umiera, duszą schodzi do piekła. A mimo to mijamy Go.

Przypomnijmy sobie fragment Ewangelii: na drodze z Cezarei Filipowej do Jerozolimy Chrystus zaczął mówić uczniom o nadchodzącym ukrzyżowaniu „Idziemy do Jerozolimy i Syn Człowieczy będzie wydany w ręce grzeszników i oplują Go i zabiją Go, ale w trzecim dniu zmartwychwstanie.” Z tych wszystkich słów jego uczniowie zrozumieli jedynie, że trzeciego dnia nastąpi zmartwychwstanie i dwóch z nich zaczęło prosić, żeby, gdy On już przyjdzie w chwale, mogli zasiąść po prawej i lewej Jego stronie (Mk 10, 33-38). Nic nie usłyszeli o tym, jaką ceną On wykupi świat! Słyszeli tylko o tym, co mogą uzyskać za cenę Jego krzyża. Tobie: krzyż, a nam: chwała. Czy nie mówimy podobnie?

Co wobec tego z wiarą Boga? Wiara ta jest dla nas niezrozumiała. Patrząc na siebie, patrząc na historię świata, nie możemy zrozumieć, jak Bóg może wierzyć w człowieka. Z drugiej strony, wiara Boga zobowiązuje nas: jeśli On tak w nas wierzy, powinniśmy dorosnąć do miary Jego wiary, powinniśmy stać się godnymi tej wiary. Ale jak możemy w siebie wierzyć? Co jest we mnie takiego, w co mógłbym wierzyć? Cała Ewangelia mówi nam, że człowiek jest stworzony na obraz i podobieństwo Boże. Całe Pismo Święte i doświadczenie świętych mówią nam, że w każdym z nas jest ślad obrazu Bożego. Przypomnijmy, jak przystąpili do Chrystusa kusiciele i spytali, czy sprawiedliwie jest płacić daninę cesarzowi. I Chrystus poprosił o monetę i spytał, czyj wizerunek przedstawia. „Cesarza” — odpowiedziano Mu. „A więc oddajcie cesarzowi to, co do niego należy, a Bogu to, co należy do Niego”. A co należy do Boga? Należy do niego każdy z nas, bo w każdym jest utrwalony obraz Boga. Jak powiedział jeden z rosyjskich duchownych we Francji, ojciec Eugraf Kovalevski, gdy Bóg patrzy na każdego z nas, może nie widzieć naszych dobrych uczynków, których nie ma. Ale widzi odbicie Swojego obrazu, którego nic nie może zniszczyć.

Każdy z nas jest poświęconą ikoną. Zranioną, zniekształconą, ale wciąż obrazem Boga i świętością. Zadaniem naszego życia jest zobaczyć wszystko to, co ocalało w tej ikonie i odnowić, odrestaurować ją. Jeśli Bóg może tak w nas wierzyć, to i my powinniśmy uwierzyć w siebie, ale nie w swoje siły czy zdolności, nie oślepić się swoimi rzekomymi wartościowymi cechami, umysłem, wolą czy twórczością, a tymi tajemnymi głębiami, gdzie, wedle słów św. Efrema Syryjczyka, Bóg ukrywa całe Królestwo Boże, a zadaniem życia jest kopać, dopóki nie odnajdziemy tego skarbu. Powinniśmy wierzyć w siebie, bo Bóg w nas wierzy. Powinniśmy szukać w sobie tego, co Boże. Nie tego, co należy do Boga (przecież należy do Niego, w sensie prawnym, wszystko), a tego co czyni nas bliskimi Bogu, upodobnia nas do Niego. By to osiągnąć, powinniśmy nauczyć się czytać Ewangelie. Powinniśmy uczyć się, co w nich wzbudza w nas lęk, zachwyt, radość; na które fragmenty odpowiadamy: „Boże, jak to piękne. Jak to prawdziwe! Jak to światłe!”. Gdy tak odpowiadamy na dany fragment Ewangelii, to znaczy, że Bóg i my jesteśmy w harmonii, że jesteśmy jednego ducha, że znaleźliśmy podobieństwo pomiędzy Nim a nami, że w Chrystusie rozpoznaliśmy tutaj siebie — siebie oczyszczonego, pełnego chwały i prawdy. Gdy znajdziemy taki fragment, nie śmiejmy więcej postępować przeciwko temu naszemu objawieniu! Tylko w tym kontekście możemy zrozumieć słowa Chrystusa o miłowaniu bliźniego jak samego siebie. Właśnie jak samego siebie. Ale nie zewnętrznego człowieka, którym jesteśmy: egoistycznego, głupiego, przechwalającego się itd. Powinniśmy kochać człowieka, który jest złożony w naszych głębinach jako potencjał i jako wezwanie. Powinniśmy szukać w sobie tego człowieka! Powinniśmy znaleźć tego człowieka! Powinniśmy chronić go, tak jak Matka Boża chroniła Zbawiciela, gdy był w jasełkach i potem, gdy był niemowlęciem i dzieckiem. To tego wewnętrznego człowieka powinniśmy kochać i to kochać ofiarnie, być gotowym oddać życie swoje za niego, tzn. być gotowym oddać wszystko po to, by on przeżył. Czy nie zgadza się to ze słowami, które wypowiadamy przy chrzcie, gdy słuchamy słów apostoła Pawła z listu do Rzymian o tym, że umieramy z Chrystusem, by zmartwychwstać z Nim? Wszystko, co przeszkadza nam stać się obrazem Bożym, powinno umrzeć, rozpaść się w proch i pył, aby ten obraz objawił się w chwale. Dlatego wiara nas zobowiązuje. Nie możemy żyć niedbale pod pretekstem, że Bóg w nas wierzy, tak samo jak nie możemy nieodpowiedzialnie postępować z człowiekiem, który nas kocha, wierzy nam i w nas. Jeśli Bóg może w nas wierzyć, to i my mamy nie tylko prawo, ale i obowiązek wierzyć w siebie i wierzyć w siebie nawzajem, bo Bóg wierzy w każdego z nas. Na tej zasadzie powinna budować się wspólnota cerkiewna, jako zaczątek całego nowego społeczeństwa.

Źródło: www.masarchive.org, www.mitras.ru

Fot. Adrian Kazimiruk