cerkiew.pl

Natalia. O grudniowej (i nie tylko) pomocy bliźnim.

ks. Mariusz Synak, 13 grudnia 2018

Idą święta - w powietrzu powoli da się wyczuć ich nadchodzącą atmosferę: przedświąteczna krzątanina, szukanie prezentów, sporządzanie listy gości, planowanie jadłospisu, poszukiwania choinki - czasem na rynku, czasem za telewizorem… To dla naszych bliskich. Ale w tej przedświątecznej atmosferze staramy się również nie zapominać o potrzebujących – jakoś łatwiej jest nam pamiętać o nich w te dni. Stajemy się szczodrzy, wrażliwi; jakże dużym powodzeniem cieszą się wszelkie akcje charytatywne i pomocowe! Media ochoczo informują o rosnących kwotach zbieranych funduszy, o prezentach, które dotarły do potrzebujących, na twarzach których widzimy nierzadko łzy i uśmiech radości, co zmiękcza i nasze serca…

Nie zastanawialiście się kiedyś, moi drodzy, dlaczego tak się dzieje – z jednej strony oddajemy część swojego, a wbrew logice, zamiast ubywać, czegoś nam przybywa? Pojawia się jakaś dziwna, trudna do ocenienia wartość – umiejętność spojrzenia na świat, na bliźnich i na samego siebie innymi, nie bójmy się przyznać - lepszymi oczami. W sposób pozbawiony egoizmu, osądu, krytyki, czasem nawet potępienia. Nie wyrzucamy innym, że „nieroby, lenie, trutnie, pasożyty społeczne i nieudacznicy”. Przynajmniej nie dziś. Niektórzy nazwą to po prostu magią świąt, klimatem tych dni, jakimś wewnętrznym wzruszeniem. Człowiek wierzący odbierze to natomiast jako działanie łaski: „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili...” (Mt 25,40). Coś się w nas zmienia, zaczynamy patrzeć na ludzi wokół nie jak na zwykłych przechodniów, ale jak na bliźnich. Bliźni – bliski, bliźniaczy, czyli ktoś taki, jak ja, jeden z nas. Nie przeczę, znajdą się i tacy, którzy powiedzą: „To nie mój problem”. To przecież nic nowego.

Podobną scenę znajdujemy w Ewangelii: „Maria powiła swego pierworodnego syna, owinęła Go w pieluszki i położyła w żłobie, ponieważ nie było dla nich miejsca w kwaterze/w gospodzie” (Łk 2, 7). Ludzie nie chcieli dzielić się swoim komfortem, ciepłem i Syn Boży musiał przyjść na świat w pomieszczeniu, przeznaczonym dla zwierząt. Mimo, że był jednym z nich, Izraelitów, został potraktowany jak obcy. Z drugiej strony jakże ochoczo szli Chrystusowi na spotkanie nie tylko Magowie, ludzie wykształceni i z pewnością bogaci (gdyż w innym przypadku nie byłoby ich stać na taką podróż), ale i wyrzutki społeczne – pasterze, biedacy. Polskie słowo „pasterz” nie oddaje ducha tamtego pojęcia – to bardziej niższa klasa ludzi, gorszy sort, jakby ktoś dziś mógł powiedzieć, ludzie z marginesu. Ale, jak się okazało – ludzie czystego i ochoczego serca. Usłyszawszy pieśń aniołów: Chwała na wysokości Bogu, a na ziemi pokój w ludziach Jego upodobania”, czy też: „których sobie upodobał” (Łk 2,13), z dziecięcą prostotą ruszyli za tym głosem. Dlaczego nikt z mieszkańców Nazaretu nie wpuścił pod swój dach brzemiennej kobiety? Przecież to taki zwykły, ludzki odruch. Nie chcieli burzyć swego spokoju, układu życia, bezpieczeństwa, porządku. Zabrakło tym ludziom albo mądrości mędrców, albo czystości i prostoty serca pasterzy.

Od tamtych czasów nic się nie zmieniło. Także dziś spotyka Jezusa chłód, obojętność, nienawiść, szyderstwo. Mało tego, również my, chrześcijanie, nie przeżywamy tych wydarzeń tak głęboko, jak powinniśmy. A przecież mamy co do nich zupełną pewność - wiemy o nich od proroków, od ewangelistów, od historyków, z doświadczenia całego Kościoła. Nikt poważny dziś nie będzie negował faktu istnienia Jezusa w historii, pojawienia się w dziejach Izraela i świata, Jego nauczania, głoszenia idei wyzwolenia z grzechów, nawoływania do nowego, lepszego, szlachetniejszego i pełnego światła życia. Przekazy historyczne, zapisane nie tylko w Ewangeliach, ale i w kronikach świeckich, nie zawsze przyjaznych chrześcijaństwu, są zbyt poważnym argumentem przemawiającym za istnieniem Jezusa, by fakt ten odrzucać. Ale według mnie najpoważniejszym dowodem jest dosłownie eksplozja Jego nauczania, błyskawiczne tworzenie się wspólnot chrześcijańskich. I proszę zauważyć – nie dla mody, nie dla wygody, karierowiczostwa (to pojawi się później, od IV wieku)– wręcz przeciwnie! Ciągłe zagrożenie, niepewność, wyrzeczenia, stałe oskarżenia o wrogość, działalność antypaństwową, spiski, potęgowały niepewność jutra.

Powróćmy do naszych biednych bliźnich. Według mnie jest jest jeszcze jeden powód, dla którego akurat teraz widzimy w potrzebujących naszych bliźnich, dostrzegamy ich potrzeby, troski, zmartwienia. Dzień 6 grudnia, a w kalendarzu juliańskim 19 grudnia to dzień św. Mikołaja. Trzeba podkreślić – to nie tylko tak po prostu dzień, to liturgiczne wspomnienie tego człowieka. Z krwi i kości. Umiejscowionego w historii, w pamięci ludzi i Kościoła. Jakiż musiał być to człowiek, że mógł stale widzieć w potrzebującym bliźniego? Że nie odwracał się od ludzkich potrzeb, że wzbudzał do siebie zaufanie tak wielkie, że możni tego świata nie bali się powierzyć mu swoich dóbr na usługiwanie potrzebującym? Ktoś może mi zarzuci – taki duży, a w baśnie wierzy...

A czemu by i nie? Proszę pokazać mi drugiego takiego człowieka, w pamięć lub w imię którego czynione jest tak wiele dobra? Przez tak wiele wieków? Przez tak wiele pokoleń, mimo diametralnej zmiany naszej mentalności, zaniku solidarności społecznej, narastającego sobkostwa? Co było tego przyczyną? Odpowiedź na to pytanie znajdziemy w kondakionie święta: „stałeś się dla Twego ludu, biskupie Mikołaju, prawidłem wiary, wzorem cichości, nauczycielem wstrzemięźliwości, dlatego swą pokorą zdobyłeś wywyższenie, ubóstwem bogactwo”. Krótko i prosto mówiąc, musiał być to ktoś, za kim można było podążyć i komu zaufać. Są dziś tacy ludzie? Są, ale jest ich mało. Zdobywanie ludzkiego szacunku własną pokorą, nie drogą pchania się na szczyt, parcia na szkło, autoreklamy i oczerniania innych, jest dużo trudniejsze, ale za to ów szacunek staje się przez to głębszy. A cóż to za ubóstwo, które pomaga zdobyć bogactwo? Jakie też to bogactwo? Moi drodzy, nie spotkaliście nigdy człowieka, któremu można by było powierzyć jakąś kwotę np. dla biednych ze słowami: „Weź to i spożytkuj. Wiem, że zrobisz z tego właściwy użytek”? Jeśli spotkaliście, wiecie o czym mówię. Jeśli nie spotkaliście, pozostaje mi współczuć, bo się nie zrozumiemy. Wbrew obiegowej opinii o Kościele nie wszyscy jesteśmy złodziejami.

Dla przykładu - zmarły dwa lata temu arcybiskup Jeremiasz i zupełnie niedawno, przed paroma tygodniami archimandryta Gabriel z pustelni w Odrynkach, byli powiernikami dużych kwot, którymi dysponowali dzięki ludzkiemu zaufaniu. Na to zaufanie z kolei pracowali latami, ale wysiłek przyniósł za to wspaniałe owoce. Sami żyjąc skromnie i prosto pokazywali, że istota życia polega na czym innym – dążeniu do wyższych celów, pracy nad sobą, poświęceniu dla innych, a pieniądz jest tylko środkiem do czynienia dobra, a nie celem samym w sobie. Dzięki takiej postawie przechodziły przez ich ręce spore kwoty, którymi mądrze i gospodarnie zarządzali. Ale nie tylko to – nabywali cechy, których nie można kupić: pokorę, miłość, miłosierdzie, prostotę, ubóstwo ducha.

No dobrze, to bogaci, a biedniejsi? Co tacy mogliby od siebie dać? Przecież często nie tylko słyszymy, ale i sami twierdzimy, że bogatych stać, więc niech pomagają, natomiast cóż my, biedne żuczki? Przecież nam trudno jest czasem związać przysłowiowy koniec z końcem. Jak być w tym przypadku? W odpowiedzi przytoczę słowa jednego z papieży z IV wieku, świętego Leona Wielkiego: „Niezmierzony jest zakres uczynków miłosiernych. Nie tylko bogaci i możni mogą czynić dobrze innym przez jałmużnę, ale także ci, którzy żyją w skromnym lub ubogim stanie. W ten sposób nierówni w dobrach losu, wszyscy mogą być równi w uczuciach współczucia rodzących się w duszy”. Jak wynika z tej myśli, zakres czynionego dobra może być ogromny. Nie tylko materialny, ale i duchowy, moralny, psychiczny. Czy coś niematerialnego można uznać za pomoc? Czy np. modlitwa może być uważana za czynienie dobra innemu człowiekowi?

Pytam, ponieważ jakiś czas temu jedna z uczennic któregoś ze słupskich liceów, prowadząc projekt dotyczący wzajemnej pomocy słupszczanom, zwróciła się do naszej parafii z pytaniem: Co parafia robi dla słupszczan? Jaką pomoc okazuje? Czym - jednym słowem – jest użyteczna w tym dziele? Muszę przyznać, przez krótką chwilkę miałem problem z odpowiedzią. Po pierwsze malutka, uboga parafia, po drugie dużą cnotą jest okazywanie pomocy, ale jeszcze większą jest nie obnoszenie się z tym: „Ale ty, gdy dajesz jałmużnę, niechaj nie wie lewica twoja, co czyni prawica twoja” (Mt 6,3), jak radzi Jezus, cytowany przez św. Mateusza. Jak więc być? Po chwili znalazłem satysfakcjonującą odpowiedź: „Wiesz, my modlimy się między innymi za nasze miasto, za nasz kraj. Za naszych chorych, cierpiących, samotnych, potrzebujących. To jest przecież nasza ofiara, wyraz miłości wobec bliźnich i zrozumienia ich potrzeb i trosk.” Potem, aby nie utrudniać zdumionej w pierwszej chwili dziewczynie zadania, dodałem kilka słów o materialnych efektach takiego podejścia. Wiecie, jaka była reakcja? „Proszę księdza, pierwszy raz ktoś mi o tym mówi w moim projekcie, choć nie jesteście pierwszą parafią i pierwszym Kościołem, do którego dzwonię”. O czym to świadczy? O naszej słabości. Chyba sami nie wierzymy w skuteczność modlitwy.

Przypomina mi się anegdota, choć w gruncie rzeczy nie powinna budzić wesołości, a wręcz przeciwnie. W pewnym rejonie panowała długotrwała susza, a że zagrażała urodzajowi i – co się z tym wiąże – dobrobytowi mieszkańców, postanowiono w południe w jednym z kościołów odprawić nabożeństwo błagalne o deszcz. Zaczęli schodzić się ludzie - skwar, spiekota, na niebie ani cienia chmurki. Jeden chłopczyk przyszedł z parasolem, wzbudzając powszechną wesołość i drwiny. „A ja myślałem – odparł malec – że jak się pomodlicie, deszcz spadnie”. Nie jestem niepoprawnym i bezgranicznym naiwniakiem, wręcz przeciwnie – uważam się za realistę. Proszę pozwolić mi zatem wytłumaczyć: na wstępie powiedziałem, że klimat, czy też (jak niektórzy to określają) magia świąt, odczuwalna chyba przez znakomitą większość naszych pobratymców, w opinii chrześcijan jest wyrazem działania łaski Bożej. Dlaczego owa łaska ma działać w jakiś szczególny sposób - za przeproszeniem - tylko w grudniu? Mając nadzieję, że zadziała, nie potrafię określić, w jaki sposób to się stanie - raczej nie spadnie nam na głowy deszcz chleba i bułek dla potrzebujących, ale może poruszy serca ludzi, którzy są w stanie okazać pomoc? Może zmiękczy nasze serca i my staniemy się bardziej wrażliwi, miłosierni, litościwi? Z kilkudziesięcioletniego doświadczenia posługi w cerkwi mogę tylko stwierdzić, że sposoby mogą być bardzo różne i nierzadko niesłychanie zaskakujące. Ale przecież liczy się efekt, nie tak? Ale nie wszystko pozostawiajmy Bogu.

Wracając do naszego mikołajowo-bożonarodzeniowego grudnia, czy też stycznia, w kalendarzu juliańskim – nie sądzę, by znalazł się ktoś, kto temu zaprzeczy – wyrzucamy morze jedzenia. Sterty, hałdy, pełne kubły czasem zupełnie dobrych potraw, których po prostu zrobiliśmy zbyt dużo lub też do których już nie mamy siły przysiąść, albo też – o zgrozo! – które przeoczyliśmy w tym nadmiarze obfitości. Nie można podzielić się tym z kimś potrzebującym, czyli – przynajmniej na czas świąt – bliźnim, takim, jak ja, drugim ja? Z jednej strony puste świąteczne nakrycie dla przybysza, na którego zgodnie z tradycją wielu z nas czeka, z drugiej strony jedzenie, które mogłoby trafić do tego talerza, niekoniecznie przy naszym stole, ląduje na śmietniku. Kupujmy z rozsądkiem, gotujmy z głową, jedzmy z umiarem, a dzięki temu damy szansę działania łasce Bożej w nas i poprzez nas. I wcale nie musimy się tu oglądać na innych.

Moi drodzy, na zakończenie dzisiejszych rozważań przygotowałem jedną historię. Jest to opowieść o odwadze, o poświęceniu dla bliźniego, do którego jest zdolny zwykły na pozór, przeciętny człowiek. To bazująca na faktach relacja z dramatycznych wydarzeń, które rozegrały się przed stu laty, opowiedziana przez bezpośrednich uczestników po to, by upamiętnić nikomu nieznaną, młodą kobietę. By pamięć o niej i o tym, co zrobiła dla innych, mogła trwać jak najdłużej; by ci, których bezpośrednio dotyczy ta opowieść i ich potomkowie mogli spłacić ogromny dług, a nam by zapadła w serca jak najgłębiej. Oddajmy głos metropolicie Londynu, Antoniemu (Bloomowi):

'Przykład, który chciałbym wam podać, odnosi się do roku 1919. Jedno z miast w środkowej Rosji, przechodzące raz po raz z rąk do rąk, okazało się w rękach nowej władzy. W miasteczku tym przebywała kobieta, żona białego oficera, z dwójką swoich dzieci. Ukryła się na obrzeżach miasta, w opustoszałym domku i postanowiła przeczekać do chwili, kiedy będzie mogła uciec. Pewnego razu, wieczorem, ktoś zapukał do jej drzwi. Pełna lęku otworzyła i zobaczyła stojącą przed sobą młodą kobietę, w tym samym wieku, która zwróciła się do niej ze słowami – jest pani tą a tą, nieprawda? Musi pani natychmiast uciekać, dlatego że ktoś panią zdradził i dziś w nocy przyjdą, by was aresztować. Matka popatrzyła na nią, ukazała ręką na dwójkę swoich dzieci: dokąd mam uciekać – przecież one daleko nie uciekną, a poza tym od razu nas rozpoznają.

Kobieta, która była po prostu zwykłą sąsiadką, nagle zmieniła się w tę wielką istotę, która w Ewangelii nazywa się 'bliźni' uśmiechnęła się i powiedziała – nie, nie będą was szukać, dlatego że ja zostanę na pani miejscu. Ale przecież panią rozstrzelają - powiedziała matka. Młoda kobieta uśmiechnęła się ponownie – tak, ale ja nie mam dzieci. I matka zdołała ujść, a owa młoda kobieta została. Późną nocą przyszli, znaleźli tę młodą kobietę (miała na imię Natalia) i rozstrzelali. I możemy tu wiele sobie wyobrażać, ale wyobrażać nie czystą fantazją, a obrazami z Ewangelii. Matka uciekła z dziećmi, Natalia została w domu, sama. Nadchodził wieczór, potem nadeszła noc. Było ciemno, zimno i pusto. Nie było przed nią niczego prócz przedwczesnej śmierci, gwałtownej, niczym nie zasłużonej, nikomu nie potrzebnej śmierci innej kobiety, która stanie się jej własną śmiercią wyłącznie z miłości. Czy nie przypomina to nocy w ogrodzie Getsemani? Wiekiem była rówieśniczką nie tylko owej matki [...], ale i Jezusa Chrystusa. On również w tę noc został sam, w gęstniejącym mroku, w nocnym chłodzie, w samotności oczekiwał na śmierć – jak gdyby bezsensowną. Śmierć, której w Nim nie było, która była Jemu zadana. Oczekiwał na śmierć, która nawet nie była Jego śmiercią, a śmiercią ludzkości, którą On wziął na siebie. […]

Natalia była sama. Było zimno, ciemno i samotnie – nie miała dokąd pójść, nie miała do kogo wyjść. Czy też raczej miała, wystarczyło przestąpić przez próg i już była Natalią, a nie tą kobietą, śmierć której stanie się jej własną śmiercią. I pozostała w tym kręgu śmierci dzięki swej woli i miłości. I z pewnością w tę noc stawiała sobie również pytania. Gdyby tylko matka zdołała się wydostać, gdyby tylko kobieta z dziećmi zdołała się uratować, wówczas warto było przeżyć tę noc w Getsemani i zostać rozstrzelaną, ale może nagle wszystko to okaże się bez sensu? A może nagle tamci zostaną pojmani, może nagle zostaną rozstrzelani, wówczas jej ofiara już nikomu nie będzie potrzebna. […] Można sobie łatwo wyobrazić, że Natalia rozmyślała nad pytaniem, czy nie na próżno umiera? Ale odpowiedzi nie dane jej było poznać. Natalia mogła wyjść, być znów sobą, ale nie wyszła. I ten obraz budzi w nas to samo pytanie – a co było dalej? Po co umierała Natalia? Na to pytanie mogą być dwie odpowiedzi. Pierwsza to taka, że 'nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich' (Jan 15,13). Gdyby nawet matka z dziećmi zginęła, to ona, Natalia, wypełniłaby do końca przykazanie: jeden drugiego brzemiona noście i tak wypełniajcie prawo Chrystusowe (Ga 6,2). Ona wzięła na siebie cały ciężar matki tych dzieci i poniosła. I już samego tego faktu by wystarczyło.

Ale to nie wszystko. Matka i dzieci zdołały się uratować. Żyli po tym wydarzeniu jeszcze wiele lat, dwoje z nich żyje do dziś. Ale żyją oni jak gdyby w świetle tej śmierci; matka kiedyś mi powiedziała: całe swoje życie przeżyliśmy w nadziei, że przeżyjemy je tak, by świat nie stracił niczego przez śmierć tej Natalii. Oni o Natalii niczego nie wiedzieli i nie wiedzą prócz tego, że oddała za nich swoje życie. Ale wiedzą, że takie życie rozrosłoby się w ciągu wielu lat – stosując obraz ewangeliczny – w drzewo, w gałęziach którego mogłoby znaleźć schronienie mnóstwo ptaków (Mt 13,32), rozkwitłoby w coś pięknego, w jakiś sens i przyniosłoby obfite owoce. I dlatego troje tych ludzi, którzy pozostali żywi dzięki jej śmierci, postawiło przed sobą zadanie być owocem jej życia.

Jak mi się wydaje, ta opowieść jest w stanie zachwycić każdego z nas. Osobiście - wspomina na zakończenie władyka Antoni - dwa lub trzy razy cytowałem ją w kazaniach na terenie Rosji i widziałem, jak reagowali na nią ludzie, którzy przeszli przez koszmar pierwszej wojny światowej, rewolucji, wojny domowej i drugiej światowej. My reagujemy słabo: zachwycamy się, dziwimy i tylko tyle. A przecież była to prosta kobieta z prowincji w środkowej Rosji, w żaden sposób nie wyróżniała się niczym prócz tego, że była kobietą z sercem, kobietą, w której współczucie było silniejsze niż jakakolwiek miłość do siebie samej, kobietą, która potrafiła zapomnieć o sobie – bohatersko i bez wątpienia z ogromnym wysiłkiem zmagając się ze sobą po to, by inni mogli żyć. Nie tylko życiem zwykłym, fizycznym, ale życiem pisanym z wielkich liter.'

Moi drodzy, pozostawiam Was z tą myślą w pełnych dobra i miłości dniach przed Bożym Narodzeniem, może w jakiś sposób wpłynie na naszą szczodrość i uwagę wobec potrzebującego bliźniego?

Wersja audio:


za: cerkiew.info