cerkiew.pl

Prawosławna droga - część II

Gabriel Szymczak, 12 grudnia 2018

Bóg jako Stwórca
Chrześcijaństwo źródła istnienia upatruje w Bogu – to On stworzył wszystko, co istnieje, uczyniwszy to z własnej woli, z własnego wyboru. Boga do aktu stwórczego nic nie przymuszało – „stworzenie jest nie tyle aktem Jego wolnej woli, co Jego wolnej miłości”.

Miłość jest sednem Trójcy, ale nie jest do Niej ograniczona. Bóg zaprasza do swojej miłości każde stworzenie, które powołuje do życia, właśnie ze względu na tę miłość. Każdy z nas ma u Niego swoje miejsce, istniejące od zawsze, tak jak od zawsze my i wszystkie inne stworzenia istnieliśmy u Boga. Moment stworzenia to jedynie chwila, w której zaistnieliśmy także dla siebie, w której pojawiła się nasza własna świadomość istnienia. Jeśli więc od zawsze istnieliśmy w Bogu i Jego wolą jest, abyśmy istnieli w wieczności, to On jest sednem naszego istnienia; bez Niego tak naprawdę nie istniejemy, nasze życie jest tylko krótkim fizycznym epizodem.

Co ważne – akt naszego stworzenia nie był jednorazowym wydarzeniem, Bóg stwarza nas w każdym momencie, bezustannie, tu i teraz. Gdyby tak nie było, gdyby zostawił nas i każde inne stworzenie zaraz po akcie twórczym, świat i wszystkie istoty przestałyby istnieć, gdyż siłą, która je utrzymuje przy życiu, jest twórcza wola Boga.

Twórcze działanie Boga zaistniało na dwóch poziomach – najpierw duchowym (stworzenie niematerialnych aniołów), później cielesnym (wszechświat, przyroda ożywiona i nieożywiona). Wyjątkowym tworem Boga jest człowiek – istnieje bowiem na obu poziomach jednocześnie, one się w nim łączą, stanowią jedność. Człowiek jest mikrokosmosem, małym wszechświatem, który jest ukoronowaniem procesu stwórczego Boga, dzięki dwoistości swojej natury przewyższającym wszystkie inne stworzenia, także istoty duchowe.

W liście św. Pawła do Tesaloniczan (1 Tes 5, 23) czytamy, że powinniśmy zachować na przyjście Chrystusa całą swoją osobę – ducha, duszę i ciało. Te trzy aspekty osoby ludzkiej stanowią integralną całość – ciało jako materia, dusza jako siła ożywiająca, poruszająca ciało i pozwalająca analizować doświadczenia na drodze rozumowej oraz duch (duchowy intelekt) jako tchnienie od Boga, pozwalające na wejście w łączność z Nim. Dzięki duchowi człowiek może podejmować wolne i świadome decyzje, dokonywać wyborów moralnych - gdyby go nie miał, byłby na poziomie zwierząt, funkcjonujących instynktownie.
Nie można lekceważyć, zaniedbywać żadnego aspektu osoby ludzkiej – niewłaściwe więc były próby negowania roli ciała, tym bardziej, iż św. Paweł nazywa ciało „świątynią Ducha Świętego”. Także śmierć materii, ciała człowieka, jako wynik jego upadku, nie jest czymś naturalnym, pierwotnie planowanym przez Boga; zostanie ona przezwyciężona w momencie zmartwychwstania.

Księga Rodzaju (Rdz 1, 26) mówi, iż człowiek został stworzony na obraz i podobieństwo Boże. Niektórzy traktują te określenia jako tożsame, inni zaś widzą pomiędzy nimi różnicę. Obraz Boży jest w tym przypadku czymś statycznym, oznacza ludzki potencjał życia w Bogu, wszystko to, co odróżnia człowieka od zwierząt i w pewnym stopniu „przypomina” Boga – zdolność do wolnego wyboru, podmiotowość, niepowtarzalność, zdolność tworzenia. Natomiast podobieństwo to realizacja obrazu, potencjału życia w Bogu, poprzez działanie samego człowieka, to jego doskonalenie się w Bogu – nie wyłącznie samodzielne, ale we współpracy z łaską Bożą.
Tak jak Bóg – Trójca jest związkiem trzech Osób we wzajemnej miłości, tak i obraz Boży w człowieku zakłada istnienie relacji miłości – do Boga oraz do innych ludzi; relacja z nimi, życie drugim człowiekiem, wspólnota z nim, są nieodzowne do realizacji potencjału Bożego obrazu.

Człowiek istnieje w świecie – metropolita Kallistos zauważa, że człowiek może:
- błogosławić i wysławiać Boga dla świata – jeśli postrzega świat jako dar Boży, jako sakrament Bożej obecności i jedności z Bogiem, składa Bogu dziękczynienie za ten dar, nie tylko w swoim imieniu, ale w imieniu całego świata – widać to w wezwaniu z Liturgii św. Jana Złotoustego: „To, co Twoje, od Twoich, Tobie ofiarujemy, za wszystkich i za wszystko”,
- przekształcać i zmieniać świat – wykorzystując swoje zdolności twórcze.
Te dwie możliwości człowieka nazywane są jego kapłańską i królewską funkcją.

Pozostało jeszcze jedno zagadnienie, które musi pojawić się w kontekście mocy stwórczej Boga – kwestia zła. Jeśli wszystko, co stworzył Bóg, jest dobre, to skąd wzięło się zło, cierpienie, ból, śmierć? Skąd wziął się grzech? Odpowiedzi można szukać w tym, co jest sednem Boga – w miłości. Bóg nie stworzył niewolników, obdarzył nas wolną wolą, dał prawo wyboru - czy będziemy podążać do Niego, do wspólnoty z Nim, czy też wybierzemy własną drogę, na której „ja” i „moje” są jedynymi drogowskazami. Ten wybór dokonywany jest świadomie – jeśli więc wybieram siebie, a nie Boga, i wybieram życie dla siebie, a nie według Bożych przykazań, czynię to dobrowolnie i muszę mieć świadomość konsekwencji. Dążenie do własnej przyjemności, do realizacji własnych egoistycznych pragnień, zastąpiło miłość i jedność z Bogiem.
Zmieniło się podejście człowieka do otaczającego go świata – człowiek przyznał sobie prawo własności do niego i traktuje go jako narzędzie realizacji swoich potrzeb i aspiracji. Wraz z grzechem, odejściem od Boga i harmonii z Nim, pojawiły się choroby, ból, starzenie się, zniechęcenie, depresja. Pojawiła się cielesna śmierć – jednak nie jako kara, ale jako Boży dar, szansa na przerwanie człowieczego trwania w niedoskonałości, warunek odnowienia naszego życia.
Pierwszy grzech, pierwsze nieposłuszeństwo popełnione zostało przez pierwszych ludzi, ale jego konsekwencje odziedziczone zostały przez kolejne pokolenia. Wina pierwszych rodziców jest w prawosławiu wyłącznie ich winą, jednak spowodowała ona, że każdy człowiek przychodzi na świat wśród ludzi, dla których skłonność do grzechu, ranienia innych, czynienia zła, jest czymś powszechnym. Ludzie nie rodzą się, nie żyją w izolacji od siebie – jesteśmy od siebie współzależni, wzajemnie na siebie wpływamy, współodpowiadamy za siebie.

Bóg jako człowiek
Grzech oddzielił człowieka od Boga, wdarł się pomiędzy ludzi, niszcząc ich pierwotną bliskość i wewnętrznie rozdarł człowieka, który sam nie może podźwignąć się z upadku i przywrócić początkowej harmonii.
Bóg w swojej miłości nie opuścił go jednak – jeśli człowiek nie jest już w stanie do Niego przyjść, On przyszedł do niego, przyjąwszy na Siebie brzemię człowieczeństwa – pełnię tego, czym jesteśmy, za wyjątkiem grzechu.
Syn Boży stał się człowiekiem, podobnym nam z ciała, duszy i ducha, narodzonym z Dziewicy Marii, jednoczącym w sobie pełnię obu natur – Boskiej i ludzkiej, posiadającym dwie wole – Boską i ludzką, będącym jednak jedną Osobą, a nie dwoma oddzielnymi bytami.
„Chrystus jest ‘totus in suis, totus in nostris’ (św. Leon Wielki):
– ‘pełny tym, co Jego własne’ – jest naszym oknem na Boską rzeczywistość, pokazuje nam, jaki jest Bóg,
- ‘pełny w tym, co nasze’ – jest drugim Adamem, pokazuje nam prawdziwy charakter naszej własnej ludzkiej osobowości.”

W Osobie Jezusa Chrystusa Bóg uczynił to, czego człowiek nie mógł – przyszedł do człowieka, ponieważ ten nie był już w stanie przyjść do Boga. Dlatego Wcielenie Syna Bożego jest dla ludzi aktem wyzwolenia, podniesienia z upadku, choć nie brakuje też głosów twierdzących, iż nawet gdyby człowiek nie upadł, Bóg w swej przeogromnej miłości mógłby zdecydować się na przyjęcie człowieczeństwa, odkrywając przed nami w ten sposób pełnię naszych możliwości, pełnię doskonałości i obrazu Bożego w człowieku. Taki pogląd głosili św. Izaak Syryjczyk, św. Maksym Wyznawca, czy też Duns Szkot.

Metropolita Kallistos mówi o zbawieniu jako wspólnocie - „człowiek jest prawdziwie osobą tylko wtedy, gdy żyje we wspólnocie z innymi; Bóg nie jest pojedynczą osobą żyjącą samotnie lecz trzema Osobami dzielącymi się swoim życiem w doskonałej miłości; poprzez Wcielenie Chrystus umożliwia nam uczestnictwo w tym, czym On jest, w Jego Boskim życiu i chwale. On stał się tym, czym my jesteśmy, aby nas uczynić tym, czym On jest.”
Chrystus jest naszą więzią z Bogiem. Jest człowiekiem, więc stanowi jedno z nami; jest Bogiem, więc stanowi jedno z Ojcem; przez Niego my więc stanowimy jedno z Bogiem. Przebóstwienie człowieka dokonuje się zatem przez Chrystusa - „biorąc na siebie nasze człowieczeństwo, Chrystus, który z natury jest Synem Bożym, uczynił nas synami Bożymi dzięki łasce. W nim zostaliśmy ‘zaadoptowani’ przez Boga Ojca, stając się synami od Syna.”

Jak już wcześniej zostało powiedziane – Chrystus przyjął na siebie pełnię ludzkiej natury, z jej wszystkimi przymiotami, w tym także z jej upadłością. Tak jak my doświadczał więc zmęczenia, bólu, samotności, rozterek wewnętrznych, rozdzielenia ciała i duszy podczas śmierci – wszystko to było konieczne, aby był jednym z nas, aby doświadczył pełni człowieczeństwa. Jedyne, co było Mu obce, to grzech - „nie takiego mamy bowiem arcykapłana, który by nie mógł współczuć naszym słabościom, lecz doświadczonego we wszystkim na nasze podobieństwo, z wyjątkiem grzechu” (Hbr 4, 15).

Zbawcze Wcielenie Chrystusa nie obejmuje tylko życia jak człowiek – w świecie pełnym grzechu i zła byłoby to za mało, koniecznym stało się przejście przez ofiarę krzyża, dotykającą Go zarówno w aspekcie fizycznym (śmierć ciała), jak i duchowym (oddzielenie duszy od Boga). Ewangelie przybliżają nam obraz męki Zbawiciela – począwszy od Jego rozterek w ogrodzie Getsemani, krwawego potu, ukazującego lęk i osamotnienie, poprzez proces, biczowanie, drogę krzyżową aż po okrutną śmierć na krzyżu. Słyszymy też słowa „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?” (Mt 27, 46) - jakże zaskakujące w ustach Boga, ale potwierdzające Jego przejście przez całą ludzką drogę.

Śmierć na krzyżu, „umiłowanie swoich do końca” (J 13, 1), to potwierdzenie wszechogromnej Bożej miłości, dobrowolnie poddającej się cierpieniu i zwyciężającej wszystko. Dla nas to wskazówka, że tylko miłość pokonuje przeszkody, przeobraża rzeczywistość i prowadzi do zbawienia. Jednak „jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także nasza wiara” (1 Kor 15, 14) – sama śmierć była jeszcze niewystarczająca, musiała zostać pokonana zmartwychwstaniem, ponownym połączeniem się ludzkich ciała i duszy Chrystusa, potwierdzonym pustym grobem i Jego objawieniem się ludziom.

Bóg jako Duch
Święty Duch, Boże tchnienie, źródło życia, wszędzie będący i wszystko wypełniający - nie można Go dotknąć, pochwycić, jednak niektórzy mogli Go ujrzeć, odczuć – pod postacią języków ognia (Pięćdziesiątnica), gołębicy (chrzest Pański) czy obłoku światła (Przemienienie Pańskie). Boska Osoba, pochodząca bezpośrednio od Boga Ojca, jednak w jaki sposób - tego nie wiemy. Święty Duch jest dla nas tajemnicą, o której możemy powiedzieć jedynie, że jest Osobą, z którą możemy nawiązać osobową relację oraz że jest współrówny i współwieczny Bogu Ojcu i Synowi Bożemu. Kościół prawosławny zdecydowanie odrzuca zachodnią naukę o Filioque – pochodzeniu Świętego Ducha również od Syna, gdyż ta prowadzi do umniejszania roli i depersonalizacji tej Boskiej Osoby.

Relacje pomiędzy Synem Bożym i Świętym Duchem są relacjami wzajemnego posyłania się – Święty Duch uczestniczy w poczęciu Jezusa Chrystusa, niejako wysyła Go w świat. Chrystus z kolei posyła Ducha do apostołów, aby Nim napełnieni i umocnieni głosili Ewangelię. Mówi również, że gdzie dwaj lub trzej zebrani są w imię Jego, tam i On jest pośród nich (Mt 28, 20) – poprzez Ducha.

Duch napełnia wszystkich wierzących, każdy z nas otrzymał Go podczas sakramentu chrztu. Obecność Ducha sprawia, że Kościół, wierzący, stanowią jedność, tworzą wspólnotę. Ale nie jest to wspólnota ludzi identycznych – dary Ducha są różne, a przez to i wspólnota jest różnorodna, i wszyscy jej członkowie wzajemnie się wzbogacają.

Tradycja prawosławna widzi szczególne działanie Ducha Świętego w Kościele poprzez starców i szaleńców dla Chrystusa – jurodiwych. Starzec, którym może być człowiek w różnym (niekoniecznie podeszłym) wieku, to osoba wielkiej mądrości, pokoju i miłości, obdarzona darem rozróżniania wewnętrznych stanów i problemów przybywających do niego ludzi, udzielania im duchowych rad i ukierunkowywania na drogę zbawienia. Starzec może też być obdarzony darem uzdrawiania, zarówno duchowego, jak i cielesnego. To, co również wyróżnia starca, to jego nieustanna i usilna modlitwa za ludzi, ważniejsza nawet niż udzielane rady czy wskazówki.
Starzec nie jest człowiekiem – instytucją, powoływanym przez zwierzchności Cerkiewne; jego wybór należy do Ducha Świętego – to On wybiera i namaszcza osobę do tej roli, nie zważając na jej stan, status czy nawet płeć. Starzec będący kapłanem pełni swoją rolę również poprzez sakrament spowiedzi, nie-kapłan natomiast wskazuje ten sakrament jako kluczowy dla duchowego rozwoju człowieka.
Co ważne – starzec nie ma „zestawu rad”, dobrych dla wszystkich, każdą osobę traktuje indywidualnie, skupia się konkretnie na niej i na jej sytuacji – to odzwierciedla Boże podejście do każdego z nas; dla Boga nie jesteśmy bowiem tłumem takich samych osób, ale pojedynczymi, poszczególnymi ludźmi.
Przez starca przemawia do nas sam Bóg – to Święty Duch kieruje jego słowami, to On wie, w jaki sposób najlepiej dotrzeć do poszukującego człowieka. Jednak starzec, nawet kierowany przez Boga, nie jest w stanie zmienić człowieka – to przychodzący do niego człowiek musi chcieć tej zmiany, być na nią otwarty i zaufać Bogu.

O ile pierwszym wyobrażeniem starca może być osoba stateczna, poważna, doświadczona przez życie i jaśniejąca Bożą mądrością, o tyle jurodiwyj – szaleniec Chrystusowy – wydaje się jego zupełnym przeciwieństwem. Częstokroć dobrowolnie samotny, pozbawiony przywiązania do rzeczy materialnych i żyjący w absolutnym ubóstwie, zachowujący się w sposób szalony dla tzw. normalnego świata, jest jednak również powodowany Duchem Świętym, który przez niego potwierdza niejako słowa Chrystusa „Królestwo moje nie jest z tego świata” (J 18, 36). Nie mając nic, niczym nie ryzykuje, nie uznaje żadnych ziemskich autorytetów, dlatego też nie obawia się mówić wprost prawdę, zwłaszcza tę niewygodną. Stoi za nim jednak moc Boża, stąd jeśli prawdziwie jest to szaleniec dla Chrystusa – owoce jego działania są potężne, ludzie nawracają się, zmieniają swoje życie, wielbiony jest Bóg. To właśnie te efekty odróżniają jurodiwych od ludzi po prostu chorych – pozornie ich działanie i zachowanie jest takie identyczne, jednak owoce – inne.

Człowiek może otrzymać różne dary Ducha Świętego, może to być np. dar mówienia językami, czy też dar łez, które niejako potwierdzają przejście ze świata cielesności do świata ducha, czystości, oddania się w pełni władzy Boga. Jednakże nie każde łzy są darem Ducha, tak jak nie zawsze mówienie językami czy szaleństwo pochodzi od Niego. Prawosławie przywiązuje duże znaczenie do ostrożnego, trzeźwego rozróżniania darów Ducha od skutków nadmiernie emocjonalnej ekscytacji człowieka, w czym może pomóc kierownictwo starca.