cerkiew.pl

Cenny czas (II)

tłum. Joachim Jelisiejew, 07 grudnia 2018

Zakończyłem poprzednią część, mówiąc, że jesteśmy posłani, by uczynić miasto ludzkie porównywalnym wymiarami, głębokością i świętością z miastem Bożym. Chciałbym zwrócić waszą uwagę na to, że żyjemy w świecie, na który coraz straszniej jest patrzeć. Wydaje się, że zachłanność i bezwzględność panoszy się wszędzie bez przeszkód. Głód, chłód i bezdomność trzyma w szponach miliony ludzi. Nie wystarczy nam, wierzącym, zwracać się do Boga z prośbą o to, by ziemia przynosiła owoce, by słońce ogrzewało ją, a deszcze nawilżały w odpowiednim czasie.

Już od dawna asceci mówią, że trzy wole rządzą ziemią. Pierwsza to Wola Boża, zawsze dobra. Druga to mroczna, złośliwa wola diabła i ciemnych sił. Trzecia wola, która chwieje się pomiędzy nimi dwiema, to wola ludzka. Bóg nas wzywa. Diabeł nas kusi. My musimy wybrać pomiędzy tym, dokąd wzywa nas Bóg i otchłanią, w którą wciąga nas diabeł. Los Ziemi, jakby to nie było straszne, zależy od wyboru, którego dokonujemy: od tego, czyją wolę wcielimy w życie i pod czyim kierownictwem budujemy świat. Nie mamy prawa myśleć, że odpowiedzialność za wszystko, co straszne wokół nas, spoczywa na innych. Każdy z nas wnosi swój wkład w tę walkę pomiędzy światłem a ciemnością, między prawdą a nieprawdą, między życiem a śmiercią, między ciemną siłą a siłą Bożą, między Żywym Bogiem a zabijającym stworzenie diabłem. Cała odpowiedzialność spoczywa na nas: Bóg uczynił wszystko, co należało. On powołał świat z niebytu, dał mu nie tylko życie, ale Samego Siebie: zaproponował nam, abyśmy brali udział we wszystkim i tak się do Niego zbliżyli, by stać się — każdy człowiek z osobna — uczestnikami Jego Bożej natury. Gdy człowiek upadł, oddzielił się od Boga i jakby z własnej woli poszedł po drodze ku śmierci, Bóg jednak nie zostawił go. Gdy Bóg tworzył świat, oczywiście wiedział, co się stanie. Przypominają mi się słowa Abbakuma o tym, jak on wyobrażał sobie początek czasów. Ojciec powiedział „Synu, stwórzmy świat i człowieka”. I Syn powiedział „Tak, Ojcze”. Ojciec powiedział „Ale człowiek odwróci się od Nas. Aby go zbawić, będziesz musiał stać się człowiekiem i umrzeć na krzyżu”. I Syn odpowiedział „Niech tak będzie, Ojcze”. I wtedy dokonało się stworzenie świata. Już przed początkiem czasów Miłość Boża przyjęła na siebie krzyż, śmierć i zwycięstwo nad śmiercią poprzez ofiarną miłość. Dlatego możemy powiedzieć, że Bóg dał nam wszystko jako okazję, dar i wezwanie, i dał nam to w sposób odpowiedzialny; wziął na Siebie całą odpowiedzialność za Swój pierwotny akt stworzenia i za wszystkie konsekwencje, które zależą nie od Niego, a od nas, ludzi. Bóg przyjął na siebie wszystkie konsekwencje, łącznie ze śmiercią. Śmierć nie jest naturalna, a jest wynikiem upadku człowieka. W słowach Boże mój, Boże mój, dlaczego mnie zostawiłeś? [Łk 27,46] Chrystus zjednoczył się z ludzkością i z każdym z ludzi, którzy utracili Boga.

W siódmym dniu Bóg odpoczął [Rdz 2,2]. Zrobił wszystko, co należało, aby ten świat, od najmniejszej kruszynki do największej gwiazdy, stał się chwałą Bożą, aby - wedle słów apostoła Pawła - Bóg był wszystkim we wszystkim [1 Kor, 15, 28]. W tym siódmym dniu Bóg oddał świat człowiekowi, który przynależał do świata duchowego i ziemskiego, aby ten doprowadził świat do pełnej doskonałości, do momentu, gdy ten świat zaiste zdoła przyjąć w siebie pełnię Boskości. Ale człowiek upadł. Historia ludzkości to historia siódmego dnia, w którym dobro i zło walczą ze sobą na świecie i w każdej z ludzkich dusz. Jak mówi apostoł Paweł, świat jest przez człowieka zniewolony złem i czeka czasu, gdy człowiek ze zbuntowanego stworzenia przeistoczy się w dziecko Boże, na obraz Chrystusa Zbawiciela.

Naszym powołaniem jest wyrwanie się z niewoli zła, aby stać się wolnymi tj. prawdziwie, naturalnie sobą, takimi, jakimi Bóg nas zamyślił, aby ubrać się w królewską swobodę i w Chrystusie stać się dziećmi Bożymi, a na drodze do tego przeistoczyć świat. Ale na tej drodze stoją pokusy. Nasza natura straciła swoją czystość i integralność, jesteśmy rozbici. Nasz umysł, serce i wola wojują między sobą. Wola jest rozdarta i chwieje się w różne strony, serce nie jest niezłomne, umysł jest zamroczony. W wyniku tego łatwo poddajemy się pokusom, szeptom złego ducha, ducha podziału, który oddzielił nas od Boga, rozbił nas wewnętrznie, oddziela nas jednych od drugich, który sprawił, że świat stał się nam obcy, a przecież jesteśmy tu, by uczynić go Królestwem Bożym. Na każdym z nas spoczywa zadanie: powinniśmy drogą wytężonego, poważnego wysiłku uwolnić się od zła i ukorzenić się w dobru, to znaczy w Bogu, bo dobra poza Bogiem w pełnym znaczeniu nie ma. By to uczynić, powinniśmy przenikać w głębiny naszej duszy, uważnie rozważać nasze czyny i nasze pobudki, nasze uczucia i myśli, sądzić je surowo, ale twórczo i stopniowo uwalniać się od wszystkiego, co nas zniewala, aby odnaleźć czystość i integralność w duszy, w całej istocie: jedność umysłu, serca, woli i ciała. Powinniśmy otworzyć się poprzez wysiłek ascetyczny na działanie Łaski Świętego Ducha. W cerkwi mamy kilka cząsteczek relikwii. W nich spoczywa Boża Łaska, bowiem każdy z tych świętych wyświęcił się Duchem Świętym, dał Mu przeniknąć duszę i wreszcie wlać się w samą materię ich ciała. Są to cząsteczki niosące Ducha. Przypominają nam one, jak wielkim wysiłkiem każdy z tych ludzi stopniowo wyrwał się z niewoli, skoro nawet jego skóra i kości są oczyszczone i uświęcone, i są źródłem zbawczej mocy Boga.

Jeśli chcemy być uczniami i uczennicami, naśladowcami Zbawiciela Chrystusa, to mamy przed sobą tylko jedną drogę. Chrystus mówi: dałem wam przykład, podążajcie za nim [J 13, 15], kto mnie kocha, ten wypełni moje przykazania [J 14, 23], nikt nie ma większej miłości niż ten, który życie oddaje za swoich bliźnich [J 15, 13]. Są dwie drogi wewnątrz tej jednej. Jedna to ascetyczna droga mnichów i ascetów, starożytnych i współczesnych. Druga to droga życia w świecie. Obie drogi są identyczne w swojej istocie. Jest też trzecia droga, która przyciąga wielu ludzi, mianowicie: odejść od wszystkiego, od pokus, od kuszenia, odejść i zapomnieć o świecie. Nie jest to droga Boża. Bóg nie zapomniał o świecie, gdy człowiek upadł, gdy świat stał się obcy albo i gorzej: apostoł Paweł mówi, że Bóg zbawił świat, gdy jeszcze byliśmy Jego wrogami [Rz 5, 8], gdy byliśmy niewolnikami i sługami Jego przeciwnika, gdy za poduszczeniem diabła niszczyliśmy porządek, piękno i świętość tego świata. Nie mamy dokąd odejść. Można zdradzić. Lecz nie można odejść od wysiłku ascetycznego i nazywać się chrześcijaninem. Wielu myśli, że taki jest sens monastycyzmu: człowiek wyrzeka się świata i rozpoczyna życie, tak jakby zapominając, że na ziemi jest cierpienie, grzech i śmierć. To kłamstwo.

Jeśli zagłębimy się w dzieje życia świętych, to stwierdzimy, że niektórzy odchodzili, żeby prowadzić bezwzględną walkę ze złem wewnątrz siebie, by walczyć ze wszystkimi siłami zła duchowego wewnątrz siebie. W pierwszych wiekach asceci odchodzili na pustynię, bo świat chrześcijański, tak bohaterski w czasie prześladowań, po końcu prześladowań stał się takim, jakim my go znamy. Stał się światem, który nie żyje według przykazań Chrystusa z Bogiem albo dla Boga. Asceci odchodzili, bo w takim świecie nie mogli prowadzić swojej bezwzględnej walki. To jest tradycją prawosławnego monastycyzmu: nie szukanie jakichś mistycznych oświeceń, a bezwzględna, surowa, spokojna, nieustanna walka ze wszystkimi siłami zła, które działają we własnej duszy. Gdy taki człowiek dojrzewał duchowo, wokół niego gromadzili się inni, potrzebujący rady i wsparcia w tej walce. Nie ma w chrześcijaństwie miejsca odpoczynku, miejsca, gdzie można zapomnieć. Mój ojciec duchowy, ojciec Atanazy, w klasztorze na Wałaamie spotkał staruszka, który pięćdziesiąt lat pomagał w klasztorze, ale nie złożył ślubów. W trakcie pracy utracił on nogę i był już bardzo ułomny ciałem. Natomiast duchem błyszczał i ojciec Atanazy spytał go:

— Dlaczego nie staniesz się mnichem? Już przecież pięćdziesiąt lat żyjesz jak mnich.
Ten zapłakał i powiedział:
— Nie mogę jeszcze zostać mnichem. Nie nauczyłem się jeszcze płakać nad całym światem, nad jego strasznym losem.
Nie chodzi tu o sentymentalne łzy, a o płacz taki, jakim Chrystus płakał nad zmarłym Łazarzem. Widać tu, jak los świata i los ascety są związane ze sobą. Każdy, który zwycięża w sobie zło, zwycięża je nie tylko w sobie, a w całym świecie, we wszechświecie. Ta porcja grzechu lub pokusy, które zwyciężył w sobie asceta, znikają ze wszechświata. Człowiek, który walczy ze sobą, walczy nie tylko o siebie, a za cały świat i za stworzenie, które jęczy pod jarzmem grzechu, czekając na przyjście Dzieci Bożych [Rz 8, 19], czekając, by wreszcie niektórzy ludzie stali się Dziećmi Bożymi na podobieństwo Jednorodzonego Syna Jezusa Chrystusa.

Żyjący w świecie poza klasztorami powinni być tak samo ukorzenieni w Bogu jak mnisi, tak samo doskonale przebywać w Chrystusie i Duchu Świętym, by wypełniać swoje powołanie na ziemi. W tym aspekcie nie ma żadnej różnicy. Co do ślubów mniszych, to są one w istocie tym samym, ku czemu wzywamy ludzi w małżeństwie. Mnich ślubuje ubóstwo, pokazując, że nie chce niczego posiadać, niczym rządzić. Czyni to, bo chce być wolny, nie chce być niewolnikiem. Przypomnijmy sobie przypowieść o wezwanych na ucztę [Łk 14, 15]: jeden z nich kupił pole i nie poszedł na ucztę, bo musiał obejrzeć je i przygotować. Ten człowiek myślał, że posiada pole, ale w rzeczywistości był niewolnikiem tego pola: nie mógł odejść, by radować się z bliskimi, cały był zagłębiony w sprawy tego pola i nie widział świata wokół siebie, poza tą ziemią, którą wziął i którą chce posiadać, mówiąc „To moje, a nie Twoje”. Ten człowiek stał się niewolnikiem ziemi, ale jednocześnie wyrzekł się braterstwa, mówiąc „To moja ziemia, Ty nie masz do niej prawa. Jest moja, odejdź!”. To samo widzimy u człowieka, który kupił pięć par wołów i chciał je wypróbować: jest zapracowany, nie ma czasu na jakieś próżne radości bliskiego człowieka, jego powołanie to pracować, pracować, pracować. Kiedyś nastąpi czas odpoczynku. Ale kiedy? Wtedy, kiedy będzie już za późno. Uczta weselna skończy się, ślub już będzie dawno zawarty, nie będzie dokąd pójść. To odnosi się nie tylko do tych, którzy kupują pięć par wołów, a odnosi się do każdego z nas, gdy nie znajdujemy czasu, natchnienia czy chęci, by zjednoczyć się w radości lub smutku z innym człowiekiem, bo mamy swoje zajęcia. Przypowieść wspomina i trzeciego człowieka. Jego serce jest pełne własnej radości. Co on ma wspólnego z cudzą radością? Rozumiecie, jak okropnie jest mówić „cudza radość”? Cudza, czyli radość, która mnie nie obchodzi. Nie obchodzi mnie, że najbliższy mi człowiek cierpi lub raduje się. Ten trzeci człowiek także zamknął się w sobie, zniewolony przez samego siebie. Jest on zdolny patrzeć tylko na swoje odbicie, na swoje życie.

Tutaj dochodzimy do pojęcia ubóstwa. Pole nie jest moje. Bóg poleca mi uprawiać to pole, tak, żeby ono bogato obrodziło. Ale należy pracować nad nim zgodnie z tym, czego uczy Stary Testament: nie tak, by ziemia wyjałowiła się, a tak, by po zbiorach dać jej czas na odpoczynek siódmego dnia, by ona ożyła ponownie i mogła znowu podarować ludziom plon swojego życia. Tak samo jest z pracą. Tak, trzeba pracować, ale w chwili, gdy nie umiemy już spojrzeć na niebo, odrywając się od ziemskiej pracy, gdy nie mamy czasu wspomnieć ani o Bogu, ani o drogich nam ludziach, wtedy już nie budujemy życia na ziemi, a sami giniemy. I to jest prawdą, nawet jeśli chodzi o miłość. Miłość z dwojga tworzy jedność. Lecz gdy to się wypełni, ta nowa jedność powinna obrócić się ku wszystkim otaczającym i dawać im, czerpiąc z tej miłości, której samotnie żaden człowiek poza świętym nie ma. To dotyczy mnichów i małżonków, i tych podążających za Chrystusem, a jeszcze niedoprowadzonych do miejsca w życiu.


„Błogosławieni ubodzy duchem”: błogosławieni ci, którzy rozumieją, że nie ma niczego, co prawnie im przynależy i czym mogą rozporządzać. Wszystko, co mamy, to dar. Dar Boży lub dar ludzi. Życie, poznanie Boga, poznanie samego siebie, otwartość i zrozumienie dla innych, to wszystko daje Bóg. Darowano nam i życie doczesne i piękno, wspaniałość świata. Wszystko otrzymaliśmy bezpośrednio od Boga lub przez innych ludzi. Królestwo Boże zawiera się w radości z tego. Gdybyśmy mogli coś posiadać, byłoby to wyjęte z miłości Bożej, byłoby to moje, jak pole, jak woły, jak moje zamknięte i bezpłodne szczęście. Obowiązkiem każdego chrześcijanina, niezależnie od warunków życia, jest przebywać w radości i wdzięczności w Królestwie Bożym. Nic nie jest moje, a jednocześnie wszystko jest powierzone. Nie jestem gospodarzem, ale powierzono mi wszystko, aby przynieść to Bogu jako święty dar. To samo można powiedzieć o czystości i o posłuszeństwie. Posłuszeństwo to nie wypełnianie prawa, poleceń czy nawet przykazań. Istotą posłuszeństwa jest wsłuchiwanie się, ze wszystkich sił duszy, całą swoją istotą łącznie z ciałem, w tajemne drogi Boże; wpatrywanie się w nie. Posłuszny jest ten, kto nauczył się słuchać i słyszeć, a usłyszawszy, czynić. Czystość mnichów też można przyrównać do wierności małżeńskiej.

We wszystkich sytuacjach życiowych jesteśmy wezwani do tego samego: do zwyciężania zła w sobie i dzięki temu zwyciężania go wokół siebie, w całym świecie. Mówiąc obrazowo: gdy zabija się niebezpieczne zwierzę, to ginie ono nie tylko z punktu widzenia tych, którzy byli bezpośrednio zagrożeni, ale z punktu widzenia wszystkich. Tak samo jest ze złem i grzechem.

Jaka jest nasza sytuacja? Znajdujemy się w świecie pełnym zła. Kto z nas może powiedzieć, że nie ucieka od niego, że nie szuka spokoju, bezpieczeństwa, ochrony? Czy można powiedzieć, że każdy chrześcijanin uważa się za żołnierza posłanego przez Boga do walki ze wszystkimi rodzajami zła? Do walki nawet za cenę swojego życia, swojej opinii w oczach ludzi, wszystkiego tego, co jest mu po ludzku bliskie? Każdy jest do tego wezwany na miarę swoich sił. Ale na miarę wszystkich swoich sił. To jest nasze powołanie. Ale kto z nas może powiedzieć, że wypełnił je? Czyż nie modlimy się ciągle do Boga o pomoc: wybaw, zbaw, pomóż? Czy Bóg nie odpowiada nam: a kto w tej strasznej (lub po prostu przerażającej ciebie) sytuacji wypełni Moje dzieło? Przecież ty znasz Moje drogi, znasz Moją wolę, Moją miłość i współczucie dla ludzi. Dlaczego uciekasz, skoro twoim powołaniem jest być żołnierzem? To rozbrzmiewa bardzo głośno, gdy mówimy o świecie, o państwach, o królestwach, ale popatrzmy na siebie w najzwyklejszych okolicznościach życiowych. Co my wnosimy w życie naszej rodziny, w grupę naszych przyjaciół, w grupę osób, z którymi spotykamy się po nabożeństwie lub po pracy? Co wnosimy? Czy stajemy się wtedy tchórzliwi, niemi? Czy jesteśmy stale przerażeni i uciekający? Czy nie mówimy Bogu: „Widzę potrzebę i Ty wysłałeś mnie, bym na nią odpowiedział, ale boję się. Ty, Panie, zrób to, co trzeba, a ja będę tylko modlić się”. Czy od Twojej modlitwy komuś przybywa chleba, drewna, odzieży, męstwa, radości, nadziei? Nic nie przybywa. Czy mamy śmiałość mówić Bogu o wszystkich trudnościach ziemskich, skoro nawet palcem nie ruszymy, by im zaradzić? Na podstawie słów twoich będziesz uniewinniony i na podstawie słów twoich będziesz potępiony [Mt 12, 37]. Bóg pokazał nam potrzebę, a my odpowiadamy: „Nie, Panie, Ty sam zaradź biedzie. Ja nie mam ochoty, nie mam czasu, boję się, to nie moja, a Twoja sprawa”. Pamiętam, że ktoś mi powiedział: „żyjemy, jakbyśmy mówili Bogu: dla Ciebie Krzyż, a dla nas Zmartwychwstanie”. Czyż tak nie jest?

Chciałbym, żebyśmy teraz, w trakcie trzech kwadransów milczenia przed obliczem swego sumienia, pomyśleli o tym, czy nie bywamy niszczycielami tego, co Bóg stworzył? Czy jest w nas w jakimś stopniu odwaga i wielkoduszność, czy po prostu żyjemy małostkowo i tchórzliwie? A jeśli tak żyjemy, to nie mamy prawa mówić, że jesteśmy chrześcijanami, modlić się za innych, wyobrażać sobie, że jesteśmy ich orędownikami. Nie mamy do tego prawa, jeśli choć trochę, choć minimalnie, nie pomagamy tym, za których modlimy się przed Bogiem. Bóg dał nam świadomość i współczucie. Powinny one wyrazić się w działaniu. Działanie może być dwojakie: albo bezwzględny wysiłek ascetyczny, albo twórcze działanie, które także jest zapomnieniem o sobie i wysiłkiem. W obu wypadkach jesteśmy ukorzenieni w Bogu, bez Niego nie możemy uczynić nic. Powinniśmy czynić dzieła Boga, a o nich możemy dowiedzieć się, tylko spotykając się z Bogiem w czasie modlitwy, poprzez śledzenie swojego sumienia, poprzez życie godne imienia chrześcijanina, czyli ucznia Chrystusa.

Chciałbym, żebyśmy zastanowili się teraz: w stosunku do kogo i czego ja mogę wypełnić swoje chrześcijańskie powołanie? Wypełnić teraz, rozpoczynając dziś? W stosunku do kogo mogę stać się chrześcijaninem? Nie myślmy o znanych zadaniach, które wiemy, jak wypełnić. Postawmy sobie pytanie: biorąc pod uwagę swoją bezsilność i nieprzyzwyczajenie do wysiłku, biorąc pod uwagę, że nie umiemy i boimy się używać nawet sił, które mamy, biorąc wszystko pod uwagę, spytajmy: czego mimo wszystko mogę dokonać, zaczynając teraz, dziś? I wtedy wypełnią się nad nami słowa Chrystusa: Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego Pana! [Mt 25, 21].
 
Na podstawie: masarchive.org Fot.: Wikimedia commons