cerkiew.pl

Modlitwa jako spotkanie (III)

tłum. Joachim Jelisiejew, 14 listopada 2018

Chciałbym powiedzieć jeszcze kilka słów o sercu człowieka. W dzisiejszych czasach wielu ludzi, zwłaszcza młodych, nie wie, gdzie szukać Boga, by pomodlić się przed Nim. Nie powinno się szukać na niebiosach — pamiętacie, jak aniołowie po Wniebowzięciu pytali apostołów, dlaczego patrzą w niebo? [Dz 1, 10-11]. Nie ma też sensu wyobrażać sobie, że Bóg stoi przede mną — od tego ani nie przybywa, ani nie ubywa Go, a tylko wyobrażam sobie coś. Ogólnie, można szukać Boga na zewnątrz siebie, ale nie można Go tam odnaleźć. Gdzie więc szukać miejsca spotkania z Bogiem? Ojcowie Cerkwi odpowiadają: w sercu. I wyjaśniają, że nie chodzi o emocje czy o organ anatomiczny, a serce oznacza tu sam środek, istotę naszej osoby. Jak można dostać się do niego i osiągnąć stan nazywany przez św. Teofana Rekluza przebywaniem wewnątrz siebie?

Po pierwsze, należy uwolnić się od wszystkiego zewnętrznego, co nas krępuje. Prawie cały czas działamy jak ośmiornica, wypuszczająca swoje macki we wszystkie strony i przyssana nimi do różnych obiektów. Pomyślmy: ile jest takich „macek”, którymi jesteśmy przywiązani do różnych aspektów naszego życia? W ile różnych spraw angażujemy się, iloma rzeczami się interesujemy? Łasuch „przysysa” się do wszystkiego jadalnego na świecie, a w szczególności w jego zasięgu, w lodówce czy kieszeni. Chciwiec wyciąga się ku wszystkiemu, co może dać zysk itd. Miłość i przywiązanie, miłość i namiętność to różne pojęcia. W tej chwili mówię o przywiązaniu i namiętności do czegoś, o tym, jak stajemy się niewolnikami tego, co posiadamy.

Jak wiecie, nie jestem teologiem, więc dam przykład nie tak wzniosły, jak święci ojcowie. Perska opowieść mówi, jak bogaty i silny młody człowiek wybrał się w podróż, a powrócił do domu całkowicie obrabowany, w jednej koszuli. Spytano go: „Co się stało? Jesteś młody i silny, nawet jeśli Cię napadnięto, czy nie mogłeś się bronić?”. Na to młodzieniec odpowiedział: „Nie miałem jak się bronić: w jednej ręce miałem sztylet, a w drugiej strzelbę, więc brakowało mi ręki”. Brzmi to bardzo głupio, a jednak w rzeczywistości prawie wszyscy tak postępujemy. Wszystko, co mamy w ręce jest nasze — to prawda — ale zabiera nam rękę. Jeśli teraz wezmę w rękę zegarek, to zegarek jest mój, ale nie mam już ręki, pozostała mi tylko jedna. Jeśli i w drugą rękę coś wezmę, to w ogóle nie będę miał rąk. Jeśli włożę coś w serce, to i serce będę mieć zajęte, nie będzie w nim miejsca na nic innego. I tak się dzieje naprawdę: człowiek wzbogaca się, ale najpierw nie ma jednej ręki, potem drugiej, potem serca, potem i rozumu i w końcu już nic nie ma, tylko jest rządzony przez wszystkie swoje majętności.

Podam wam drugi przykład, bo wydaje mi się, że powinniśmy to dobrze zrozumieć. Przyszła do mnie kiedyś kobieta, której syn już piętnaście lat znajdował się w zakładzie dla psychicznie chorych. Zmarł jej mąż i ona pojechała i powiedziała synowi: „Ojciec zmarł”, a ten zaśmiał się i powiedział: „Niemożliwe, on jest nieśmiertelny”. Najpierw matka pomyślała, że to wyraz wiary, ale potem okazało się, że bynajmniej i wtedy przyszła do mnie i poprosiła „Pomóż mi, ojcze Antoni, wyjaśnij mu, że jego ojciec nie żyje”. Cóż, pojechałem i syn powiedział mi: „Ojcze Antoni, moja mama niczego nie rozumie. Mój ojciec żył tylko namiętną miłością do samochodu, do telewizora, do niektórych obrazów i statuetek i do przedmiotu wykładanego na uniwersytecie. Poza tym nic dla niego nie istniało. Dopóki więc te przedmioty istnieją, on jest tak samo żywy jak wcześniej”. Cóż, może powiecie: wariackie brednie. A jednak ile było w tym prawdy! Gdy jego ojciec żył, żył całkowicie pochłonięty przez przywiązanie do tych przedmiotów. Rzucił żonę, odrzucił syna, oddał wszystko, by żyć nimi. I doszło do tego, że żył, jakby go nie było, a gdy zmarł, nic nie zmieniło się dla nikogo. Powinniśmy pamiętać, że jeśli i my tak żyjemy, to oczywiście, nigdy nie wejdziemy w swoje wnętrze. By tam wejść, powinniśmy, jak ośmiornica, wypuścić z macek wszystko, co — jak nam się wydaje — posiadamy i stać się wolnymi. Wybaczcie, że porównuję ludzi z ośmiornicami, ale powiedziałbym, że każdy z nas to ośmiornica do dziesiątej potęgi, bo gdybyśmy pałali namiętnością tylko do ośmiu rzeczy, byłoby to jeszcze do zniesienia, a my przysysamy się do wszystkiego. Wyobrażamy sobie przy tym, że jesteśmy wolni, bo przecież moja namiętność to taka błahostka, nie to, żebym kochał coś grzesznego, a tylko taki drobiazg... Przypomina mi się tutaj fragment „Podróży Guliwera”, gdy tytułowy bohater budzi się i nie może wstać, bo liliputy przywiązały każdy jego włosek do trawki. Guliwer mógłby wyrwać każdą trawkę i włosek z osobna, ale nie wszystkie naraz. Czyż nie tak jest z nami, czy nie jesteśmy przywiązani do niezliczonych trawek? Pomyślmy nad tym.

Załóżmy teraz, że udało nam się oderwać, odciąć. W języku jednego z ojców piątego wieku „weszliśmy pod swoją skórę”. To nie znaczy, że osiągnęliśmy już wszystko. Powinniśmy teraz znaleźć drogę w głębiny, a nie tylko tkwić pod skórą.

Pierwszym zadaniem jest znalezienie czasu na samotność. Łatwo to zrobić, ale nie robimy tego. Na przykład, łatwo znaleźć się w samotności, gdy jedziemy pociągiem. W wielu momentach naszego dnia jesteśmy sami, ale nie wykorzystujemy ich. A zatem, jesteśmy w odosobnieniu. Co się wtedy dzieje? Doświadczenie podpowiada mi: odchodzimy i z początku jest tak cicho i dobrze, nikt nie przeszkadza, nie ma szumu, nic nie pobudza, można być samym sobą. Ale po króciutkim czasie zaczyna być nudno. Co stąd wynika? Pokazuje to prawdę znaną wszystkim prócz nas: że jeśli pozostaje się z nami we dwójkę, to bardzo szybko robi się nudno, bo nie mamy nic wewnątrz, czym moglibyśmy karmić rozmowę. Okazuje się, że przez większość czasu nie żyjemy, a tylko reagujemy na wydarzenia, odbijamy życie, tak jak można odbijać światło. Nie mamy życia w sobie, wewnątrz, nie działamy pod wpływem wewnętrznego impulsu, a tylko reagujemy. Coś się zdarzyło — i odpowiadamy, coś innego — i znowu reagujemy. Nie ma akcji, jest tylko reakcja, odzew. Gdy zostajemy sami, po prostu zdajemy sobie sprawę, że rzeczywiście nie umiemy żyć sami z siebie, wewnętrznie. Jeśli zaś zmusimy się do samotności, to po pewnym czasie czujemy po prostu przerażenie: jest ciemno, ciasno i strasznie na tej naszej pustyni. Pustynia to każde miejsce, gdzie jest pustka, niekoniecznie miejsce niezamieszkałe. I można mieć pustynię w sercu, można jej doświadczać w tłumie. I na pustyni jest przerażająco, jednak powinniśmy iść dalej. Potrzeba do tego wiele cierpliwości i męstwa. Gdy dojdziemy do progu, do krytycznego momentu, gdy jest przerażająco i ciemno i ciasno, powinniśmy powiedzieć: „Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną”. [Ps 22, 4] i iść dalej, w ciemność, w mrok, w ciemny wąwóz. Powinniśmy iść dalej, nie oczekując światła, nie oczekując niczego, ale wiedząc, że gdy przyjdzie czas, światło rozbłyśnie, odbędzie się spotkanie, a na razie niech będzie ciemno, niech będzie noc. I tak idąc, jeśli wytrwa się do końca [Mt 24, 13] to dojdzie się do miejsca, gdzie znów widać jutrzenkę. To jedyne, co możemy uczynić, by spotkać Boga w modlitwie.

Wynika stąd bardzo ważna rzecz: przygotowanie do modlitwy, do czytania tych lub innych modlitw, jest znacznie ważniejsze od samego czytania. Trzeba stanąć przed Bogiem prawdziwie, stanąć i powiedzieć: „Panie, stoję przed Tobą z takim a takim nastrojem ducha: lenię się, nudzę się, albo: chciałbym z Tobą być, ale nie za długo” i iść, iść, iść. Odrywać się i iść w głąb, odrywać się i iść dalej. Jeśli zająć się tym bez pośpiechu i nie wyznaczać sobie żadnych terminów, a po prostu z dnia na dzień, to po pewnym czasie można ustawić się wewnątrz siebie tak, że już żadne zewnętrzne okoliczności nie wyprowadzą Cię na zewnątrz. Wtedy można rozmawiać, czytać, można i spotykać się z ludźmi, pracować, wszystko to czyniąc z wnętrza, z tych głębin, skąd bije źródło życia, które bije z twórczego, życiodajnego, fundamentalnego słowa Bożego.
 
Na podstawie: www.mitras.ru
Fot. Łukasz Troc