cerkiew.pl

Modlitwa jako spotkanie (II)

tłum. Joachim Jelisiejew, 31 października 2018

Spotkanie staje się głębokie i twórcze tylko wtedy, gdy zachowujemy się naturalnie i nie usiłujemy ukryć siebie za maską. Tylko nie ukrywając i nie zasłaniając się, można doprowadzić do naprawdę  zadziwiająco głębokiego spotkania. Gdy jesteśmy nieufni lub fałszywi, nie uda się nam naprawdę kogoś spotkać.

Pomyślmy każdy o sobie: ile jest prawdy w naszym spotkaniu z Bogiem? Czy nie przychodzimy do Niego często w przebraniu? Czy nie staramy się wyglądać tak, jak — według naszego wyobrażenia — Bóg chciałby nas widzieć? Niekiedy takie modlitewne podejście nazywa się wyszkoleniem cerkiewnym. Niekiedy uważa się, że to dyscyplina pozwalająca pokonać siłą woli swój niewłaściwy nastrój. A warto byłoby częściej nazywać to po prostu udawaniem. Udawanie nie buduje drogi do Boga. Pomyślmy każdy o sobie: iloma różnymi niedoskonałymi osobami bywamy w ciągu jednego dnia: jacy jesteśmy, gdy zapominamy o Bogu, a nasze sumienie jakby usypia? Jacy jesteśmy, gdy nagle ogarnie nas przekonanie, że stoimy przed obliczem Boga? Albo prościej: pomyślmy, jak zachowujemy się w cerkwi, jak podczas spotkań ze znajomymi, a jak na ulicy, gdy stykamy się z nieznajomymi. Można byłoby przytoczyć mnóstwo śmiesznych i smutnych przykładów zmienności zachowania.

I oto przychodzi czas modlitwy. Która z naszych udawanych osób powinna wtedy stanąć przed Bogiem? Czy ta, która stała na baczność w cerkwi? Czy ta, która zapomniawszy o cerkwi, Bogu i sumieniu narobiła głupstw? Czy jeszcze jakaś inna z osób? Jak możemy odnaleźć siebie? Którą z tych osób możemy postawić przed Bogiem? Żadna z nich nie przedstawia nas w pełnym znaczeniu. Są ludzie, którzy tak przyzwyczaili się do grania ustalonej roli w życiu, że sami nie umieją odnaleźć siebie: tak zlali się z wymyślonym przez siebie obrazem, że nie widują już siebie samych: Bóg widzi na wylot prawdziwego Jana, Piotra, Marię, a oni sami już nie. Jak wtedy można się modlić? Stajemy do modlitwy i nie umiemy nawet postawić przed Bogiem swojej duszy, nie umiemy nawet odnaleźć jej wśród wielu kłamliwych obrazów swojej osoby. Wtedy trzeba pracować nad odnalezieniem siebie nawet bardziej niż ćwiczyć samą modlitwę. Modlitwa oczywiście stopniowo wyciąga na wierzch prawdziwe nasze ja, jednak dzieje się to nieraz bardzo wolno i można postawić pytanie: jak odnaleźć siebie?

Są chwile podarowane przez Boga, gdy nasze prawdziwe „ja” nagle, niespodziewanie wydobywa się na powierzchnię. Niekoniecznie jest to przyjemny widok. Przykładowo, ogarnia mnie gniew, moje prawdziwe „ja” wybucha takim gniewem, że widzą to wszyscy, nawet ja sam. Albo nagle przychodzi na mnie takie nieszczęście i smutek, że staje mi się wszystko jedno, co inni o mnie sądzą. Wtedy wszystko wokół ukazuje się takie, jakie jest naprawdę. Trwa to czasem krótko, czasem długo, czasem pozostaje na zawsze, zależy, jak głęboko dane zdarzenie sięgnęło w duszę. Odwrotnie, niekiedy ogarnia mnie radość, której nic nie może powstrzymać: niech inni się śmieją i myślą, co chcą. Tak król Dawid tańczył przed Arką [2Krl, 6,16] w radości: niech inni śmieją się... W takich chwilach można zobaczyć w sobie coś prawdziwego.

A co możemy czynić w innych, mniej wyjątkowych chwilach? Gdzie szukać swego „prawdziwego człowieka”, który mógłby stanąć przed Bogiem, mógłby modlić się prawdziwie, ukazując i swoją wiarę, i poszukiwanie, i godność, i grzeszność? Jest na to prosty sposób, który, jak wszystkie proste sposoby, wymaga systematyczności i wysiłku. Mianowicie, należy czytać Ewangelię. Jeśli uważnie czytamy Ewangelię, napotykamy na trzy rodzaje fragmentów. Po pierwsze, dany tekst może wydać nam się nieznaczący; możemy łatwo przyjąć, że skoro to zapisano w Ewangelii, to jest to prawda. Łatwo, bo ta prawda jest jakby skierowana do innych i nie dotyczy nas. Po drugie, są miejsca o których, gdybyśmy byli całkowicie szczerzy, powiedzielibyśmy: „Nie, Panie! Mimo że Ty tak mówisz, to nie mogę tego przyjąć!” Pamiętam parafiankę, która w trakcie dyskusji po moim wykładzie o przykazaniach błogosławieństw powiedziała „No cóż, władyko, jeśli nazywacie to błogosławieństwem, to niech na was ono spadnie, a ja obejdę się bez niego. Być głodnym i prześladowanym — co to, to nie!”. Myślę, że jeśli bylibyśmy nieco bardziej szczerzy, a mniej „bogobojni” (właśnie tak, w cudzysłowie, tj. udający przed Bogiem innych niż jesteśmy), to moglibyśmy powiedzieć „Nie, to jest dla świętych, to jest dla innych, ja obejdę się bez tego!”

Po trzecie, są miejsca, może nieliczne, ale drogocenne, które jakby uderzają nas prosto w serce. Przypomnijmy słowa wędrowców do Emaus: Czy serce nie pałało w nas, kiedy On rozmawiał z nami w drodze? [Łk 24,32]. Dany człowiek może odnaleźć choć jedno takie miejsce w Ewangelii: słowa, które Chrystus mówi do niego osobiście, które przyjmuje on całym sercem, całą duszą, całą swoją siłą i umysłem w danej chwili. Trzeba podkreślić, że i nasza siła, i wola są niedoskonałe, lecz na tyle, na ile mam siły — przyjmuję, tyle, ile mam serca — drży, tyle, ile mam żywej duszy — cała płonie, tyle, ile mam woli — natężyła się, ile mam rozumu — świeci, odbijając światło wieczności. Te miejsca pokazują nam, pod jakimi względami już teraz jesteśmy podobni do Boga, o czym myślimy tak jak On, co czujemy tak jak On itd. Trzeba zanotować te miejsca, bo one wskazują, gdzie spotkaliśmy się z Chrystusem. Zanotować jednak nie wystarczy. Można coś zanotować, przeżyć i zachować w pamiętnikach. Lecz jeśli znajdziemy takie miejsce, powinniśmy przyjąć, że jeśli postąpimy wbrew tym słowom Zbawiciela, to zabijemy w sobie to, co już jest obrazem Chrystusa, co jest prawdziwe, wieczne i przynależy Królestwu Bożemu. Dlatego należy przyjąć zasadę: jeśli nawet grzeszę czym innym, to nigdy nie zgrzeszę przeciwko temu, co już jest moją wewnętrzną naturą. Postępując wedle tej zasady, można zacząć wzrastać duchowo. Niekoniecznie chodzi tu o walkę duchową, a właśnie o umożliwienie rozwoju czegoś nowego. Jeśli na drodze tego rozwoju będą przeszkody, to będziemy walczyć z nimi nie dla zasady, dlatego, że tak powiedziano w Ewangelii, a dlatego, że wiemy, że jeśli nie będziemy walczyć, to zabijemy i zniszczymy w sobie coś, co jest obrazem Chrystusa. W miarę jak rozwiniemy się, stopniowo ujawnią nam się i inne podobne miejsca. Zaczniemy patrzeć na siebie jak na dawne arcydzieło, które przez stulecia było nieudolnie restaurowane i zostało zniekształcone, a teraz zaczynamy dostrzegać: tu prześwituje oryginalny fragment, tu rozpoznaję rękę Mistrza, tu jest piękno. I tak stopniowo, kawałek po kawałku, można oczyścić obraz, aż stanie się on obrazem Boga, stworzonym na Jego podobieństwo.

Chciałbym poruszyć jeszcze jeden aspekt. Często bywa tak, że spotykamy ludzi i dostrzegamy tylko ich funkcję, zapominając o samym człowieku. Na przykład, gdy ucznia wzywają do dyrektora szkoły lub żołnierza do oficera, to czuje on tylko strach lub czasami szacunek. A często należy popatrzeć rozmówcy w twarz i zobaczyć w nim człowieka. Nie chciałbym rozwodzić się nad tym teraz, ale we Francji podczas okupacji hitlerowskiej zostałem aresztowany w metrze. Bóg pomógł mi zobaczyć w aresztującym mnie policjancie człowieka, a nie tylko policjanta. Rozwinęła się między nami rozmowa i zostałem wypuszczony. Bardzo często jednak nie spotykamy człowieka, bo jego stanowisko lub nasz strach i uprzedzenia zasłaniają go przed naszym wzrokiem.

Tak samo bywa z Bogiem. Jeśli stworzymy sobie fałszywe pojęcie o Bogu, to będziemy modlić się do tego fałszywego obrazu. Na przykład, wyobrazimy sobie Boga jako nieubłaganego sędziego i wtedy nie zdołamy modlić się do Niego z miłością i zaufaniem. Bywa tak, że zbierając jakieś wiadomości o Bogu, tworzymy sobie obraz, nawet całkiem spójny i niezawierający fałszu, bo złożony z materiałów z Pisma Świętego, pouczeń ojców i śpiewów liturgicznych. Ale gdy tylko uznamy to za pełen obraz, nie pozostawiwszy miejsca na nic więcej, to czynimy z tego obrazu, myślowego czy spisanego, idola. Już w IV wieku św. Grzegorz Teolog przestrzegał przed zamianą Boga na nasze wyobrażenie o Nim, które, zamiast prowadzić nas ku Bogu, jest przeszkodą na tej drodze. Jest ono idolem, do którego modlimy się i któremu służymy, ale który nigdy nie będzie prawdziwym Bogiem. Dlatego właśnie ojcowie Cerkwi i ich uczniowie uczą, że powinniśmy dowiedzieć się wszystkiego, co możliwe o Bogu, ale gdy stajemy do modlitwy, powinniśmy odrzucić wszystkie obrazy i wyobrażenia. Można powiedzieć, że cała nasza wiedza o Bogu powinna doprowadzić nas do modlitwy, ale modlić się powinniśmy przed Bogiem nieskończonym, niemożliwym do ogarnięcia. Jeśli w ten sposób modlimy się, to Bóg może objawić nam się takim, jakim pragnie: dziś może odkryć przed nami strach, a jutro swoją miłość. A my powinniśmy nauczyć się przychodzić do Boga i czekać na to, aż On odsłoni nam się takim, jakim pragnie dziś nam się objawić. Natomiast jeśli będziemy szukać jedynie wczorajszego doświadczenia Boga lub Boga, o którym pisze tak cudownie św. Symeon Nowy Teolog, to będziemy starać się wrócić do naszych przeszłych doświadczeń lub doświadczeń innych ludzi; doświadczeń, które nie staną się naszymi.

Jeśli będziemy trzymać się tych elementarnych reguł, to możemy spotkać Boga. Gdzie? W naszych głębiach. Nie przed nami, nie nad nami, nie wokół nas, a w naszym sercu, w tym, co ojcowie i Pismo nazywają głębokim sercem człowieka. Jest to tak głębokie, że nic stworzonego nie zdoła go napełnić, jedynie Bóg może je napełnić całkowicie i przepełnić. Nasze spotkanie z Bogiem rozpoczyna się od zrozumienia naszego opuszczenia, od zrozumienia, że jesteśmy poza rajem, że te odblaski światła, którymi żyjemy, to jakby światło z okna, to jeszcze nie komnata weselna. Gdy to zrozumiemy, będziemy z czcią i strachem, i uwagą prosić Boga, aby oczyścił nasze serce, bo tylko czyści sercem ujrzą Boga; aby swoją krwią oczyścił nasze grzechy, aby włączył nas w swoje życie. Tylko wtedy, rozważając Piotra i dzień połowu ryb, rozważając wiarę setnika i wszystkich, którzy ze strachem i czcią odnosili się do Boga, zdołamy stać się takimi, że Bóg będzie mógł otworzyć nam drzwi i powiedzieć: „Wejdź do radości twego Pana!” [Mt 25,21].


Na podstawie: www.mitras.ru
Fot. Łukasz Troc