cerkiew.pl

Z perspektywy duszy: Portret rodzinny i ściana z banknotów

Magdalena Nazaruk, 15 września 2018

Czytam "Jestem, bo wrócili", jadąc pociągiem. Podróż, jakich wiele. W książce relacje z podróży zgoła innych. Zastanawiam się jak nieadekwatne i niestosowne mogłoby być porównanie do nich mojej drogi z miejscowości A do miejscowości B, moich szklanych oczu przy pożegnaniu na peronie, przywiązania do miasta zostającego w oddali, tęsknoty za ludźmi, których w tym miejscu zostawiam. Ja wiem, że wrócę. Oni tego nie wiedzieli.

Ale może od początku, chociaż trudno teraz mówić o początku, kiedy świadkowie i uczestnicy bieżeństwa nie mogą już o sobie opowiedzieć. Historia z początku wieku mówi o exodusie, emigracji wywołanej sianym wśród prawosławnych strachem przed okrucieństwem nadciągających z zachodu Niemców. Propaganda potrafi wywołać wiele szkód. Książka zbiera opowieści przekazywane kolejnym pokoleniom, często zawierające luki i nieścisłości. Tak, jak w pamięci, widać białe plamy. Wielu z nas, w naszych rodzinach, miało uczestników wydarzeń z 1915 roku. To, co smuci najbardziej to to, że szanse na przechowanie wspomnień z każdym dniem topnieją. No bo kto pyta, kto słucha i kto zapisuje? Zanika świadomość, że przeszłość dotyczy też nas; że to chodzi też o mnie, o to kim jestem i kim mogę się stać, gdzie właściwie mogę się odnaleźć.

Historie losów bieżeńców przybierają w książce różne formy. Znajdziemy tu relacje, fotografie, opowiadania, wiersze, teksty po polsku, ale i po białorusku, a nawet prace plastyczne czy zarejestrowane na płycie przedstawienie teatralne. Rozmowy z bliskimi o ich prywatnych bitwach zbliżają, a niekiedy ponownie łączą. Zaczyna do mnie docierać, że niejako w genach przenoszony jest nam ten specyficzny rodzaj tęsknoty, sentyment, przywiązanie do korzeni, rodzimej ziemi. Może potrzebujemy tych wspomnień, pamięci o cierpieniu, całej martyrologii, żeby się nie zatracić w codzienności i trochę zrewidować swoje priorytety. Dla bieżeńców jedyne, co było cenne to ludzie. Żyli oni życiem rodzinnym. Nie mieli bogactw i wygód, dlatego drugi człowiek stanowił jedną z najwyższych wartości. Bo co innego mogło? Banknotami można było tapetować ściany, nie miały żadnego pokrycia. Niestety później, o te ściany domów, z takim trudem odbudowywane po powrocie do ojczyzny, potomkom nie będzie się chciało nawet zadbać.

Wydaje mi się, że to, co charakteryzowało ludzi tamtych wydarzeń, to optymizm. Akceptowanie wszystkiego, co przynosi czas, ale też wola walki i nieustanna nadzieja, że będzie lepiej. Jak to robić, kiedy nie ma co jeść, a choroby zabierają kolejnych bliskich? Być może to wiara dawała im siłę, była tą stałą, niewzruszonym odnośnikiem, nie do odebrania. Mimo, że, jak mówią relacje, w Imperium Rosyjskim bieżeńcy nie mieli najgorszych warunków, jednak nie byli u siebie. Sytuacja znacznie pogorszyła się po rewolucji październikowej i wtedy rozpoczęły się powroty do kraju. Droga była długa, niektórzy więc, ze strachu przed nią, zostawali. Szacuje się, że bieżeństwa nie przeżyła 1/3 wszystkich, którzy wyjechali. Przeżycie często zależało od zbiegów okoliczności - od odporności na choroby, od napotkanych życzliwych ludzi, od długości tułaczki, od rodzaju transportu. Niektórzy musieli na zawsze pozostać na obcej ziemi, pochowani w przydrożnym rowie, który stał się ich mogiłą.

„Grzech myśleć, że będzie źle” - takie myślenie przydałoby się człowiekowi XXI wieku. Dziś mamy do czynienia z trochę innym uchodźctwem i inne są jego kierunki. A może tak naprawdę jest tym samym? Historia to nieustanna nauka empatii i wrażliwości.

fot. za: polona.pl