cerkiew.pl


Duchowość Pustyni (III)

tłum. Joachim Jelisiejew, 07 lipca 2018

Duchowość Pustyni (III)

Poprzednio mówiłem o pustyni. Na pustyni znajdujemy ciszę, jakiej nie ma nigdzie indziej: głęboką i wszechogarniającą tak, że najlżejszy dźwięk, najlżejsze zaburzenie powodowało głębokie odczucia u niektórych z jej mieszkańców. Jeden z nich pisał: "Na niebie przeleciał świergoczący ptak i moje milczenie zostało złamane na wiele godzin". Dźwięk świergotu ptaka zaburzył ciszę tylko na moment, ale jednocześnie doszedł do duszy człowieka i zaburzył jego spokój; spokój, który był głęboki a jednak niedoskonały.

Teofan Rekluz w jednym z listów pisze, że cisza jest jak spokojna woda w strumieniu: stopniowo i powoli muł osiada na dnie, a woda staje się przeźroczysta; można wtedy zobaczyć błoto na dnie ale jednocześnie i odbicie nieba. Takiego milczenia szukali mieszkańcy pustyni w ascezie i medytacji. Z jednej strony, to milczenie uspokajało ich: nic nie zakłócało im medytacji. Z drugiej strony, niekiedy przeradzało się ono w grozę: nie było nic, tylko ich samotność, byli albo z Bogiem albo tylko z samymi sobą. Oczywiście, obiektywnie Bóg jest obecny zawsze, mieszkańcy pustyni w trakcie walki o czystość i integralność niekiedy musieli jednak zmierzyć się z samymi sobą. W ciszy słyszeli swój wewnętrzny zgiełk i musieli sprawić, by opadł on, jak muł na dno potoku. Ten zgiełk składał się ze wspomnień, żalu, nadziei i marzeń. Pamiętam opowieść jednego z ojców, który uniknął wielkich pokus, gdy był wśród ludzi, i odszedł na pustynię, by odnaleźć taki spokój, który tylko Bóg może dać, spokój przekraczający wszelkie zrozumienie. Nagle tego ojca zaczęło nękać jedno jedyne wspomnienie możliwości, z której nie skorzystał. Potem przez lata walczył z tym wspomnieniem, co było trudniejsze niż samo uniknięcie konkretnego grzechu wówczas, gdy mógł go popełnić.

Wspomnienia, te porywy przeszłości, są czymś, z czym wszyscy asceci muszą się zmierzyć. Wspomnienia niosą żale, tęsknoty i nadzieje; wszystko to, co jeszcze nie zostało przeistoczone w spokój i zdolność do stanięcia twarzą w twarz z Bogiem i tylko z Nim. Jak mówiłem w poprzedniej części, Teofan Rekluz pisze: "Bóg i żyjąca dusza, to wszystko czym jest mnich".

Do osiągnięcia tego potrzeba długiej walki, uczącej mnichów wewnętrznej dyscypliny, którą nazywa się czujnością. Chodzi w niej o to, by żaden zewnętrzny bodziec nie doszedł do umysłu, aby zawładnąć emocjami i wprowadzić duszę i ciało w niewłaściwy stan. Chodzi też o to, by być świadomym najlżejszego poruszenia Bożej obecności w duszy. Ten stan można zobrazować, myśląc o obserwatorze ptaków, który wychodzi rano, zanim jakiekolwiek życie obudzi się, zaszywa się w lesie i zastyga w bezruchu i całkowitym skupieniu. Dzięki bezruchowi wtapia się w tło, staje się tak niedostrzegalny jak kamień. Skupienie pozwala mu dostrzec najlżejsze poruszenie: rozproszenie uwagi, czy rozmarzenie groziłoby przeoczeniem czegoś. Z drugiej strony, odwoływanie się tylko do poprzednich doświadczeń (można tu myśleć o doświadczeniach mistycznych, ascetycznych czy wiedzy książkowej) mogłoby sprawić, że obserwator, oczekując czegoś konkretnego, co akurat nie zajdzie, przeoczy to, co naprawdę dzieje się danego dnia. Doświadczenie obecności Bożej jest nieskończenie bogate w formach. Jednocześnie, subiektywne doświadczenie nieobecności Boga jest niezwykle ważne w życiu duchowym. Obserwator ptaków jest rozciągnięty pomiędzy tymi skrajnościami: intensywną czujnością i całkowitym bezruchem. Teofan Rekluz przywołuje inny obraz: idealnie napiętej struny skrzypiec. Jeśli struna rozciągnie się, to nie wyda dźwięku. Jeśli jest zbyt naciągnięta, to przy dotknięciu pęknie. Ta równowaga - pomiędzy głębokim milczeniem duszy, a zupełną otwartością i gotowością do przyjęcia wszystkiego - charakteryzuje milczenie pustyni.

Pustynia jest zarówno milczącym wyzwaniem, jak i lekcją słuchania. Nie umiemy słuchać nawet w codziennym życiu. A na pustyni jest to trudniejsze, bo chodzi o wsłuchanie się w działanie Boga w duszy. Doznania duszy muszą być oceniane: Czy pochodzą od Boga? Czy są naturalne? Czy są kuszeniami zła? Oceniania można się nauczyć tylko doświadczalnie, poprzez tragiczne momenty, gdy asceta poddaje się namowie niepochodzącej od Boga i odkrywa, że lata pracy i uwagi poszły na marne, zostały zniszczone, lub odwrotnie gdy usłyszawszy i przyjąwszy jedno słowo Boga, wzlatuje w nowe życie, którego głębia, intensywność i piękno były mu wcześniej nieznane.

Milczenie pustyni jest zmierzeniem się z niezmierzonością i własną kruchością oraz zwróceniem się do środka, ale ze skupieniem się nie na sobie, a na Bogu. Różnica, według Teofana Rekluza jest następująca: osoba skupiona na sobie jest jak drewniany wiór, owinięty wokół wewnętrznej pustki. Niezbędne jest skupienie się nie wokół swojej pustki, a wokół niewidzialnej, a czasem nawet nieodczuwalnej obecności Boga - w otwartości, która pozwala brzmieć jak dobrze naciągnięta struna.

Oczywiście wiąże się to z modlitwą. Modlitwa wyraża się na kilka sposobów. Z jednej strony jest reguła modlitewna, która ma nauczyć całkowitej koncentracji umysłu na słowach modlitwy. Słowa te nie wyrażają wewnętrznego stanu, a raczej stan, do którego modlący próbuje się dostroić. Z drugiej strony są chwile modlitwy, gdy dusza odpowiada całą sobą na obecność lub nieobecność Boga, gdy wyrywa się z niej zdesperowany krzyk sieroty lub radosny krzyk duszy, która odczuła bliskość Boga.

Poprzednim razem mówiłem o kilku formach modlitwy, ale przypominam, że w tych wczesnych latach nie było bogatych tekstów liturgicznych czy modlitw świętych, które teraz znamy. Natomiast były Psalmy. Psalmy są, w pewien sposób, bardzo bogatym zbiorem modlitw, gdzie znajdziemy prawdziwą odpowiedź na każdą ludzką sytuację. Przez prawdziwą rozumiem tu nie Boską prawdę, a ludzką. W Psalmach są momenty, gdy z żalem, ze skruchą i złamanym sercem dusza zwraca się do Boga i opowiada mu o swojej nędzy, tak jak w Psalmie 51. Są też inne momenty, gdzie te starotestamentowe psalmy wyrażają uczucia gniewu, bólu, przerażenia. Każdy z nas (i każdy z ascetów) może tu rozpoznać swoje najlepsze ale i najgorsze zachowania w różnych sytuacjach. Pisarze chrześcijańscy w komentarzach do tych fragmentów wskazywali, że gniew powinien być zwrócony przeciw Szatanowi, przeciw złu wewnątrz nas. Ale same Psalmy nie zawsze były pisane w uduchowiony sposób. Być może pamiętacie, jak w psalmie król Dawid wykrzykuje: "Niech droga ich będzie ciemna i śliska, gdy anioł Pański będzie ich ścigał." (Ps 35). Nie pisano tu o Szatanie czy demonach, ale o konkretnych wrogach. Bardzo ważne, że można tutaj zobaczyć świętych, którzy szczerze stwierdzali, że jest w nich gniew, zwątpienie: reakcje niegodne nie tylko Boga ale niegodne ich samych. Dzięki temu asceci nie czuli się pozostawieni sami w celu odnalezienia drogi przez labirynt swoich dusz bez wskazówek i, być może, z fałszywym wyobrażeniem, że są wypełnieni złem, podczas gdy wielcy mężowie ducha byli wypełnieni dobrem. W królu Dawidzie i innych pisarzach starotestamentalnych widzieli walkę zwykłych ludzi pragnących Boga i zmagających się z własnymi słabościami na drodze do swojego ideału i życia z Bogiem. Niekiedy asceci mogli też zobaczyć chwałę modlących się świętych, tak, że łącznie znali swój stan oraz stan, ku któremu przyzywał ich Bóg.

Życie modlitewne nie było u ascetów tylko "ćwiczeniem liturgicznym", a było walką o modlitwę. Mnisi codziennie recytowali cały Psałterz a jednocześnie modlili się własnymi słowami. Św. Grzegorz z Atosu pisze, że mnich powinien zredukować formalne modlitwy do minimum, żeby pozostawić jak najwięcej miejsca na niewymuszoną rozmowę z Bogiem i otwarcie się na Niego. A potem Święty wyjaśnia, co znaczy to "minimum": wystarczy według niego odmówić modlitwy poranne i Jutrznię, potem wszystkie Godziny Liturgiczne, następnie Wieczernię i Powieczerze i potem już można spokojnie pomodlić się w obecności Boga.

Pamiętam Rosjankę, która chciała zostać mniszką, a ja usiłowałem ją od tego odwieść. Była to energiczna i uparta kobieta i powiedziała mi "Chcę nauczyć się modlić". "Bardzo dobrze" - odpowiedziałem - "oto reguła modlitewna" i dałem jej tę właśnie regułę św. Grzegorza. Po pewnym czasie spytałem, jak długo zajmuje jej reguła, a ona odpowiedziała, że około 8 godzin dziennie i że traktuje to jako pracę. Po roku spytałem, jak się jej układa modlitwa, na co usłyszałem "Czytam przykazane modlitwy, po czym żegnam się i mówię: Chwała Bogu! Teraz mogę się modlić spokojnie". Dla niej reguła była dyscyplinująca; było to swoiste koło młyńskie, które mieliło ją całą na mąkę, z której potem mogła upiec ciasto i ofiarować je Bogu. To uświadamia nam, że nie rozmawiamy o gawędzeniu i patrzeniu, jaka pustynia jest olbrzymia a jaki ja jestem mały. Mówimy o prawdziwej walce, walce by wyrosnąć ponad własną miarę, dzieląc się doświadczeniem z innymi.

Modlitwa po krótszym lub dłuższym czasie prowadziła ascetów do imponującej jedności z Bogiem: jak czytamy w niektórych żywotach mnichów, podczas modlitwy stali oni przed Bogiem ogarnięci płomieniem.

Niektórzy używali też poza Psałterzem innej formy modlitwy: krótkich i intensywnych modlitw, w tym modlitwy Jezusowej: "Panie Jezusie Chrystusie, Synu Boży, zmiłuj się nade mną". Modlitwa z jej użyciem wymaga innego rodzaju dojrzałości i dyscypliny, bo dłuższe modlitwy łatwiej zatrzymać w umyśle niż jedną frazę. Modlitwa Jezusowa, tak jak i inne krótkie frazy wzięte z Psalmów lub Biblii, wymaga całkowitego skupienia umysłu i serca, całej istoty, na wymawianych słowach. Pewien człowiek o wyjątkowej sile modlitwy powiedział mi: "Przy tych krótkich modlitwach problem tkwi w tym, że jeśli wypowiada się jedną z nich nieuważnie, nie sposób tego odwrócić. Możesz powtórzyć tę modlitwę tysiąc razy, ale ta stracona przez brak uwagi nie może być odzyskana. I jest to bolesne, że w momencie, gdy mówiłem Panu «Panie, zbaw mnie!» byłem nieuważny, jakby to mnie nie obchodziło. Albo w momencie, gdy zwróciłem się do Boga ze słowami «Panie, radości moja!», jak w jednym z psalmów, wypowiedziałem te słowa, ale Bóg nie usłyszał mojego serca odpowiadającego na nie radością i uwielbieniem."

Poprzestanę teraz na tym i nie będę zagłębiać się w różne rodzaje modlitwy.

metropolita Antoni Bloom
28.11.1986