cerkiew.pl

Świętość. Przemyślenia

tłum. Michał Diemianiuk, 18 czerwca 2018

„Każdy święty ma przeszłość. A każdy grzesznik ma przyszłość”. Okrążywszy tysiące anglojęzycznych for psychologicznych, ten cytat ze sztuki „Kobieta bez znaczenia” [ang. „A Woman of No Importance”, autorstwa Oscara Wilde – przyp. tłum] (z tak prowokacyjnym tytułem raczej nie powstałaby na współczesnym tolerancyjnym Zachodzie) stracił swoją pierwszą część, sedno żartu, który kiedyś szokował starszą wiktoriańską damę w czepcu, i przeniósł się [cytat] na nasze rodzime przestwory Internetu. Tutaj [ten cytat] w dalszym ciągu pocieszał wszystkich tych, kto przeglądając wspomnienia młodości, napotyka się na puste butelki, nieznajome osoby w łóżku i lekkie wyrzuty sumienia. (…). Ale zostawmy z boku Oscara Wilde i jego estetyzowany cynizm i spróbujmy odpowiedzieć na pytanie, kim są święci i czy możemy, my grzesznicy, zbliżyć się do nich.

Święci rzeczywiście mają przeszłość. Każdy ma swoją. I jeśli człowiekowi wydaje się, że świętość – to pełna bezgrzeszność, to czy w ogóle orientuje się w temacie. Bez grzechu w ogóle jest tylko jeden Człowiek na świecie. Tak też Go nazywają – Jedyny Bezgrzeszny. Wszyscy pozostali uczestniczą w walce, chodzą po krawędzi i nie znają przyszłości.

Ale szczególnie ważne jest to, że grzesznik ma przyszłość. Człowiek został stworzony do świętości. Jak z dowolnej tkaniny można uszyć szatę liturgiczną, a z dowolnego kawałka wosku ulepić świecę, tak i każdy, wydawałoby się, niepozorny człowiek może uświęcić się, przybliżyć do Boga. On jest nawet powołany do tego: „uświęcajcie się i bądźcie świętymi, bowiem Ja jestem święty”. Tak powiedziano.

I z jakiego by powodu nad każdym ochrzczonym nieboszczykiem śpiewali „Ze świętymi daj odpoczynek”, jeśliby między nim i wiarygodnie znanymi świętymi była przepaść nie do pokonania?
Przepaść jest do pokonania.

Oto dla was pewne małe objawienie: każdy człowiek może być świętym.

To wcale nie znaczy, że stanie się on podobny do świętego Mikołaja lub świętego Serafina. Na odwrót. To znaczy, że on nie będzie podobny do nikogo. Świętość jest absolutnie nieszablonowa. Nie ma ani jednego świętego, z jubilerską dokładnością kopiującego kogoś innego. I jeśli nam wydaje się inaczej, to znowu jesteśmy nie w temacie.

Osobowość, która rozkwitła w Duchu Świętym – to jest świętość. A osobowość dlatego jest osobowością, że drugiej takiej na świecie nie ma i nie będzie.

Nie należy przy tym oczekiwać cudów i widocznej dla wszystkich wielkości. A jesteśmy przyzwyczajeni oczekiwać właśnie tego od świętości, potwierdzając tylko, że jesteśmy, jak to się dzisiaj mówi, nie w temacie. Największy ze wszystkich zrodzonych z niewiast – Jan Chrzciciel – nie dokonał ani jednego cudu. Mojżesz i Eliasz są mniejsi od niego, a on ani nie wskrzeszał, ani nie uzdrawiał. I byli autentycznie cudowni ludzie jak Onufry Wielki, którzy spędzili na pustyniach pół wieku i więcej, kontaktujący się tylko z aniołami i z nikim z ludzi. Nie mieli chwały. Po prostu nie wiedziano o nich. Tak więc ani cuda, ani głośne uznanie chwały nie są zobowiązane towarzyszyć świętości.

Człowiek powinien być pełen Boga. Nie abstrakcyjnej dobroci, nie miękkości i puszystości, a Boga. Przy czym na miarę swojej głębi. Wewnętrzna miara człowieka może być mała jak naparstek. Ale jeśli naparstek jest pełen, to będzie to maleńka prawdziwa świętość. Jeśli zaś człowiek jest podobny do kielicha i także pełny, to będzie to większa świętość. A są jeszcze wiadra, dzbany, stągwie i inne objętości o wzrastającej wielkości. I dobrze by było, żeby każda była pełna. Wtedy wszyscy będą świętymi, i wszyscy inaczej. Tak i na widocznym niebie: „Inna chwała jest Słońca, inna chwała Księżyca, inna gwiazd, i gwiazda od gwiazdy odróżnia się w chwale” (1 Kor 15, 41).

Świętość udowadnia istnienie innego świata i prawdy Ewangelii.

Dzięki świętym, Ewangelia z księgi, ze „zwykłego” tekstu przemienia się w ciało i krew, w oddech i modlitwę konkretnego człowieka. Święci – to jest „wcielona Ewangelia” Każdy z osobna wciela jeden lub kilka cytatów. Wszyscy razem, sobór wszystkich świętych, wciela Ewangelię w całości.

Można prosić ich: Pantelejmona – o zdrowie, Mikołaja – o pomoc w podróży, Spirydona – o rozwiązanie życiowych problemów. Dlaczego nie prosić? To są otwarte i czyste źródła. To wstyd i głupota, aby spragniony nie pił z nich. Ale kochać świętych należy nie tylko za ich dobry wkład w naszym marnym życiu. Ich należy kochać za to, że oni są; za to, że oni – to radosne objawienie o tym, jaki może być człowiek.

Wszystko, co świat mówi o człowieku, jest ideologicznym zabójstwem. Zgodnie z nauczaniem dumnych nauk, człowiek to mówiący zlepek błota, dłużnik mogiły bez nadziei na zmartwychwstanie. Trudno nie zgiąć szyi pod to wirtualne jarzmo, jeśli tak uczy szkoła, tak mówi ulica, tak śpiewa estrada… Ale wystarczy żeby w tej ciemności zapaliła się świeczka o imieniu Sergiusz z Radoneża, żeby zaczęły odpełzywać w kąty chimery fałszywych nauk i pojawiła się radość.

Świętość, koniec końców, to radość zmieszana ze łzami. „Ci którzy sieją ze łzami, z radością będą żąć. Ten kto z płaczem niesie ziarna powraca z radością, niosąc swoje snopy” (Ps 125, 5-6).

Ks. prot. Andrej Tkaczew

za: pravoslavie.ru
fot. za: pravoslavie.ru