cerkiew.pl

Kłaniam się im do nóg

Anna Radziukiewicz i Eugeniusz Czykwin, 11 lutego 2018

11 lutego mija 20 rocznica śmierci Jego Eminencji metropolity Bazylego (Doroszkiewicza). Zachęcamy do lektury tekstu: "Kłaniam się im do nóg" zamieszczonego w "Przeglądzie Prawoslawnym".

Michałowo. Las krzyży. Wśród nich, pośrodku cmentarza, nieco górujący nad sąsiednimi, krzyż na mogile matki metropolity, Marii Doroszkiewicz. Zmarła w grudniu 1941 roku, kiedy jej syn, Włodzimierz, był tutejszym proboszczem. Ukochany syn odszedł 47 lat później, nocą, 11 lutego, w rządowej klinice. A pochowano go 13 lutego, najbliżej Bożego prestoła, tuż obok cerkwi św. Jana Klimaka w Warszawie na Woli. Nad grobem powieszono tabliczkę „Metropolita Warszawski i całej Polski Bazyli”.

Czy spodziewała się, że przyjadą go żegnać ludzie z całej Polski. Że do Warszawy pojadą na pogrzeb ludzie i z Michałowa, i Nowej Woli, i Kobylanki, i Gródka.

Czy spodziewała się tego w dwudziestym siódmym roku, kiedy stała na progu swojego domu w Cisach, a syn, co to jeszcze i dobrze z dziecka nie wyrósł, trzynaście lat miał, siedział na wozie. Ojciec miał go wieźć do dalekiego i dziwnego Wilna, do seminarium. A on siedział, nawet nie podszedł, nie pożegnał się z matką, w rękę nie pocałował. Co myślała tego ranka? Nie wiedziała, że wtedy jakby kamień legł na duszy syna. Że bał się, że kiedy podejdzie do matki, uściska ją, to mu serce z żalu pęknie.

Zostawił wtedy matkę na progu bogatego domu. Przyjechała tu, do Cis, z ojcem piętnaście lat wcześniej, ona z Gródka, on z Mieleszek, co z Gródkiem jedną miedzę dzielą. Rozeszła się pogłoska, że pan majątku Cisy, co koło Narwi leży, sprzedaje swoją ziemię. Więc, podobnie jak piętnaście innych rodzin, wzięli pożyczkę w banku i kupili ziemię, dwadzieścia hektarów. Ale tylko dwa można było wtedy orać. Reszta krzakami porośnięta. Ojciec karczował ją bezustannie – wspomni później metropolita Bazyli.

Ciężko pracowali. Ale w dwudziestym ósmym roku mieli już pięć koni, piętnaście krów, dużo owiec, świń, pięćdziesiąt osiem uli z pszczołami, ładny sad.

Ale rok nauki syna w seminarium kosztował nie mniej niż dziesięć krów. Chlewy pustoszały, nieugnojone pola przestawały przynosić dobre plony. Kiedy seminarzysta doszedł do dziewiątej klasy, w chlewie został konik, co to wiatr mógł go przewrócić, i jedna krówka. A matka, by ugościć syna, który na wakacje z Wilna przyjechał, pobiegła ukradkiem do sąsiadki kawałeczek słoniny pożyczyć i jajka na niej usmażyć.

Był rok trzydziesty siódmy, kiedy syn Doroszkiewiczów ukończył wileńskie seminarium duchowne. Złożył papiery do Studium Teologii Prawosławnej przy Uniwersytecie Warszawskim. W rubryce narodowość napisał „Białorusin”. „Brak miejsc” – otrzymał odpowiedź.

Biskup grodzieński skierował go jako psalmistę i dyrygenta do Świsłoczy. To wtedy, jak powie w swoim długim wywiadzie, jakiego w 1995 roku udzielił Mikołajowi Hajdukowi do naszego „Przeglądu”, kiedy obserwował bieg nabożeństwa, całym swoim jestestwem marzył, by być duchownym. Wydawało mu się, że batiuszka jest w niebie, a wokół niego aniołowie służą.

W trzydziestym siódmym roku władyka grodzieński Sawa wyświęcił go w Orli na diakona. Służył w Dubiczach Cerkiewnych. Potem rekomendował go na uniwersytecie jako swego podopiecznego. „Biorę go na swoją odpowiedzialność” – zaznaczył.

Ciąg dalszy


za: przegladprawoslawny.pl