cerkiew.pl

Ikona moimi oczami - o św. Matronie

Weronika Niczyporuk, 05 lutego 2018

Często z uśmiechem wspominam chwile, kiedy jako małe dziecko, będąc w cerkwi na niedzielnym nabożeństwie, zastanawiałam się, czy Chrystus przedstawiony na ikonie w ikonostasie na pewno nie jest żywy. To była ogromna wątpliwość, zwłaszcza, że gdy poruszałam się po cerkwi wodził za mną wzrokiem. Gdzie się nie zatrzymałam, zawsze patrzył na mnie tym samym surowym spojrzeniem, choć czasami miałam wrażenie, że z jakiegoś powodu się uśmiecha. Dziwiło mnie to, że się na mnie skupia, ponieważ mama tłumaczyła mi, jak ważne rzeczy dzieją się teraz w ołtarzu. Uważałam, że Chrystus powinien się skupić na tym, co się tam dzieje, a nie na tym, co teraz robię. Czułam, że ja również jestem dla Niego ważna w tej właśnie chwili.

Wierzę, że niektórzy święci sami dają o sobie znać ludziom. Wybierają osoby, którym chcą pomóc lub z którymi chcą nawiązać bliższą więź. Wysyłają im specjalne znaki, dzieją się dziwne rzeczy… Ikonę pewnej świętej pierwszy raz zobaczyłam kilka lat temu w monasterze w Kostomłotach. Nie zwróciłam szczególnej uwagi na napisy, ponieważ nie były one dla mnie widoczne, zapamiętałam tylko twarz. Dużo rozmyślałam o tej ikonie tym bardziej, że kobieta przedstawiona na niej miała zamknięte oczy. Minęło kilka dni, zapomniałam o całej sytuacji. Kilka razy śniła mi się ikona tej samej postaci w remontowanym budynku, innym razem ikona była obłożona kwiatami. Za każdym razem bardzo wyraźnie widziałam twarz. Nadeszło wielkie święto. Wszędzie widziałam tą samą świętą, którą zobaczyłam wcześniej w monasterze i która śniła mi się już kilkukrotnie. Cokolwiek brałam do rąk – była tam, zawsze z zamkniętymi oczami. Ta sytuacja trochę mnie przeraziła, tym bardziej, że nigdy nie spotkałam się z podobnym zjawiskiem. Pomyślałam jednak, że nie ma sensu z lękiem patrzeć na cerkiewne stoiska, tylko trzeba samej znaleźć trochę informacji o świętej z zamkniętymi oczami, która wyraźnie daje mi znaki. Po małym śledztwie miałam już informacje, że ową świętą jest Matrona Moskiewska. Zapoznałam się z Jej żywotem, zaczęłam z Nią rozmawiać. Zbliżyłam się do Niej, w szczególności, że w tym czasie w moim życiu zaszły dosyć duże zmiany i szukałam wsparcia. Miałam wrażenie, jakby święta to wszystko przewidziała i pojawiła się w moim życiu w odpowiednim czasie.

Od momentu nawiązania bliższej więzi z Matroną minęło kilka miesięcy i miałam okazję wyruszyć do Moskwy w sprawach związanych z moim wcześniejszym kryzysem. Po przyjeździe do tego pięknego miasta również miały miejsce w pewnej mierze zadziwiające wydarzenia. Pierwszym z nich była wizyta w monasterze, w którym obecnie przebywają moszczy Matrony. Ludzie mówili nam, że nie warto iść o tej porze do relikwii, ponieważ ludzi jest bardzo dużo i będziemy stać kilka godzin w kolejce, co byłoby jeszcze bardziej męczące ze względu na to, że godzina była późna, a my byliśmy po długiej podróży. Nie przyjęłam do wiadomości, że mogłoby mi się nie udać właśnie w tym momencie pokłonić moszczom świętej, dlatego bez zastanowienia udaliśmy się, aby ją odwiedzić. Do dziś nie jestem w stanie wytłumaczyć w jaki sposób udało nam się wejść do kaplicy, bez żadnej kolejki. Trafiliśmy na taki moment, w którym po prostu nie było ludzi. Pokłoniliśmy się relikwiom i muszę przyznać, że nigdy nie byłam tak szczęśliwa. Spędziliśmy trochę czasu w cerkwi, pomodliliśmy się, dziękując za udaną drogę i ruszyliśmy w stronę wyjścia. Nie wiedziałam o jakich kolejkach mówiono nam kilka godzin wcześniej, dopóki ich faktycznie nie zobaczyłam, opuszczając teren monasteru. Ludzi było tak dużo, że kolejka wychodziła na ulice Moskwy, poza mury monasteru i nie wyglądała na powstałą w ciągu pięciu minut.

Kilka dni później odwiedziłam cmentarz, na którym była pochowana Matrona. Na jego terenie stoi dosyć duża cerkiew, której wnętrze było remontowane. Z prawej strony świątyni, pośród rusztowań stał kiot z dużą ikoną Matronuszki. Stałam naprzeciwko ikon, patrzyłam na twarz, którą już tak dobrze znam. W tym momencie przypomniał mi się sen, który miałam te kilka miesięcy wcześniej – ikona Świętej na tle remontowanego budynku. Zrozumiałam, że tym budynkiem prawdopodobnie była ta cerkiew, w której teraz stałam. W pewnym momencie poczułam, jak ktoś chwyta mnie za rękę. Mimowolnie, instynktownie odwróciłam się, myśląc, że może ktoś chce mi coś powiedzieć. Nikogo nie było w pobliżu. Stałam sama przed ikoną, do której miałam właśnie podejść. Spojrzałam na swoją rękę, na której nadal czułam uścisk. Na czerwonej od mrozu dłoni miałam odciśnięte niewidzialne palce oplatające moją rękę. Oblałam się zimnym potem, ale szybko ogarnął mnie spokój. Uśmiechnęłam się sama do siebie i ruszyłam w stronę świętej. Przeżegnałam się, ucałowałam ikonę i powiedziałam w myślach: przyprowadziłaś mnie do siebie Mati Matrono. Potem uścisk zelżał i zniknął. Odcisków też nie było.

Od tych wydarzeń minęły dwa lata. Rozmawiałam z duchownymi zastanawiając się, co o tym myślą. Wszyscy zgodnie twierdzili, że sprawcą wszystkich tych wydarzeń była owa święta z zamkniętymi oczami. Do tej pory, w każdej cerkwi dostrzegam chociażby najmniejszą ikonę Św. Matrony. Połączyła nas niewidzialna, silna więź. Wierzę, że pomaga mi we wszystkim, czego się podejmę.
Szacunek do ikony czułam od zawsze, tak samo jak od zawsze byłam bardzo blisko związana z cerkwią. Ikonę ceniłam najbardziej. Być może dlatego, że zawsze uważałam, że jest żywa. Ostatnimi czasy zaczęłam zagłębiać teologiczną wiedzę o ikonie, miałam możliwość pomagać przy rozpisywaniu cerkwi. Cały czas jestem świadkiem różnych zdarzeń mających miejsce w cerkwi prawosławnej, na pozór wyglądających normalnie, codziennie. Czasami potrzebujemy naprowadzenia, aby w coś uwierzyć, do czegoś się przekonać, poczuć bojaźń Bożą, a zaraz później miłość. Nie możemy w żadnym momencie naszego życia zwątpić w to, co robimy. Powinniśmy cały czas wierzyć tak, jak dzieci...

Ikona w domu jest dla nas czymś oczywistym, powszednim. Jednak w rytmie codziennego, pędzącego życia zapominamy o jej sile. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, ile niezwykłych rzeczy dzieje się wokół nas, stajemy się na nie nieczuli. Ikona daje nam to, co niezwykłe – miłość Boga – czujemy na sobie wzrok świętych, których przecież nie ma wśród żywych. Zastanówmy się, dlaczego ikonę nazywamy oknem do wieczności, do innego wymiaru. Czy jesteśmy w stanie choć na krótką chwilę zatrzymać się, wyrwać z naszego świata i dostrzec to, na co nie zwracamy uwagi na co dzień? Czy jesteśmy w stanie w dzisiejszych czasach dostrzec w ikonie to, co niedostrzegalne?


za: Kwartalnik Bractwa Młodzieży Prawosławnej
Diecezji Warszawsko – Bielskiej
„Neos” nr 4(7)/2017

fot. za: innemedium.pl