cerkiew.pl

Kółko w maszynie

ks. Mariusz Synak, 12 stycznia 2018

Zmiany w otaczającym nas świecie zachodzą w coraz większym tempie, nabierając nieco apokaliptycznego zabarwienia. Jest to tempo na tyle duże, że już nawet jedno pokolenie jest w stanie je zaobserwować. Zmienia się porządek świata, powstają nowe państwa, twory polityczne, miliony ludzi z różnych przyczyn wędrują tu i tam... Ale zmiany zachodzą nie tylko w makroskali społeczno-politycznej.

W życiu naszego społeczeństwa również następują daleko idące zmiany - zaciera się granica między dniem roboczym a świątecznym, piątki przestały być dniami postnymi, święta religijne, takie jak Wielkanoc czy Boże Narodzenie również tracą swój tradycyjny charakter. Co prawda pozostają jeszcze świętami z nazwy, ale występującemu w nich pierwiastkowi duchowemu nie wróżę powszechnej, świetlanej przyszłości. A co w zamian? Systemowa rozrywka jako walka z wszechogarniającą antysystemową, bo niedopuszczalną, nudą. Rozrywka na małym ekranie, na wielkim, na ciekłym, plazmowym, białym. W kieszeni, torebce, plecaku, aktówce, samochodzie, samolocie, w wózku, w domu… A co ze świętami jako formą spędzania innego, wyjątkowego czasu? O tym zjawisku już przed chwilką wspomniałem, ale rosną za to w siłę i „przybierają na wadze” święta świeckie, ot taki niedawny Nowy Rok. Już nie dzień pamięci św. Sylwestra, pierwszego biskupa wolnego od prześladowań Kościoła Rzymu. Po prostu Sylwester, a i to sądzę, że niedługo nazwa ta zaniknie. Święto ogólnoświatowe, niezależnie od rasy, wyznania, preferencji, ustroju, światopoglądu. Nawiasem mówiąc, samo połączenie słów „święto świeckie” jest według mnie nieporozumieniem. Etymologicznie „święty, święto” ma oznaczać i oznacza coś, co jest od świata, czyli świeckości, oddzielone, co należy bądź jest skierowane ku innej rzeczywistości, ku górze.

Ale wróćmy do naszego noworocznego balu. Jest to więc powód do powszechnej radości. To w sam dzień, a raczej noc owego święta. Kolejnego dnia to zdecydowanie powód do poświątecznego zmęczenia, a na trzeci dzień wszystko idzie po staremu. Życzenia, nadzieje, oczekiwania gdzieś ulatują, pozostaje samo życie, a to rządzi się swoimi prawami. Jak to mówią – było, minęło. Ostatecznie kolejny rok zamiast tak szumnie i gromko zapowiadanej szansy na coś nowego staje się często czymś niechcianym, kolejnym krzyżykiem, który bardzo niechętnie, w skrytości dopisujemy do swojej metryki. I znowu – niezależnie od światopoglądu, rasy, wyznania, ustroju świetnie czujemy, że kolejny rok przybliża nas do słabości, choroby, niepełnosprawności, ostatecznie do nieuchronnego końca. I tak naprawdę, jeśli się uczciwie i dobrze zastanowić – noworoczny stół z każdym kolejnym, upływającym rokiem wciąż bardziej i bardziej przekształca się w stypę. Jednego, czego nie wiemy – to po kim tym razem? Nie jest tak? Jakże często mawiamy – jak to, zmarł? Przecież tydzień temu bawiliśmy się u Kasi na weselu… Nie tak? Tak, a jakże.

A jednak bardzo bym nie chciał, żeby niniejszy tekst przybrał odcieni szarości i smutku, tym bardziej że wypadł na tak bogaty w święta okres – styczeń! W Kościele prawosławnym to nie tylko święta Bożego Narodzenia, ale i święta: Obrzezania Pańskiego, dzień pamięci jednego z największych teologów chrześcijańskich – św. Bazylego Wielkiego oraz tzw. stary Nowy Rok. To również czas dwutygodniowego okresu bez dni postnych, w końcu dzień Chrztu Chrystusa w Jordanie, inaczej Epifanii – Objawienia Pańskiego. Czyli w święta na bogato. A tam, gdzie święta, tam powinna być i radość. Pomówmy więc o niej. I znów niezależnie od rasy, ustroju, wyznania czy światopoglądu tęsknota za radością i dążenie do niej, czy raczej jej poszukiwanie jest czymś dla człowieka absolutnie oczywistym. Możemy się tylko różnić skalą oczekiwań, apetytem na radość, jej źródłami. Stąd i życzenia – przy każdej okazji życzymy sobie nawzajem, ze szczerego serca, z miłości, z sympatii owej radości i szczęścia. Bądźmy jednak konsekwentnie realistami, za jakich się uważamy – od samych życzeń radości czy zdrowia nie przybędzie. Nasze słowa pozostają w sferze oczekiwań i chęci. Przecież na zdrowie czy mądrość trzeba dość ciężko zapracować, nie mówiąc już o dobrobycie. Tak samo łatwo, jak nieoczekiwanie spływającym jak przysłowiowa manna z nieba w stylu: jedyny spadkobierca niesłychanie bogatego wujka z Ameryki. Przecież tak nie jest. A jak jest? Szczerze – łatwo nie jest. I to też wszyscy wiemy. Może stąd takie życzenia wypowiadane bardziej jako słowa zachęty, wsparcia w pokonywaniu trudów ludzkiego życia? Nie ma uniwersalnej recepty na szczęście, na radość, a przynajmniej ja takiej nie znam. Każdy ma prawo poszukiwać jej na własną rękę, własnymi drogami, na wybrany przez siebie sposób.

Nie chcąc nakłaniać nikogo do niczego, niech wolno mi będzie opowiedzieć o naszej, prawosławnej drodze do szczęścia. W moim pojęciu szczęście to odnalezienie sensu życia. To umiejętność odpowiedzi na pytanie – po co żyję, czemu mają służyć sytuacje, w których się znajduję, moje talenty, możliwości, ludzie, których spotykam na swej drodze? Dokąd prowadzi cała ta nić wydarzeń, spotkań, wypadków? Jak mam postrzegać wszystko to, co idzie nie po mojej myśli? Co sprawia mi ból? Przeciw czemu czasem się buntuję? Może i nie rozwijałbym tego wątku, ale kilka tygodni wstecz, w tym samym studiu, przy okazji przygotowywania programu świątecznego zapytano mnie, ile nasza parafia liczy wiernych. Około 60-80, odparłem. I wówczas usłyszałem niespodziewane pytanie, które zapadło bardzo głęboko i właściwa odpowiedź przyszła dopiero po dłuższym czasie, już w domu, poza programem. Pytanie brzmiało: I nie szkoda księdzu życia na te 60-80 osób? Nie, nie szkoda. Powiem więcej – cieszę się, że dzięki nim to życie wygląda tak, jak wygląda. Bez tego, co robię, życie z pewnością byłoby inne. Jakie? Tego do końca nikt wiedzieć nie może, ale poczucie spełnienia i wyboru właściwej drogi jest potwierdzeniem tych słów. Zresztą, to samo pytanie można by postawić każdemu z tej małej grupy – a nie szkoda Wam życia na chodzenie do cerkwi? Na długie liturgie, posty, wyrzeczenia, bycie mniejszością, do niedawna jeszcze wytykaną palcami? Ja odpowiedź znam i mogę ją tu zacytować – nie, nie szkoda. Nie chcielibyśmy innego życia, bez cerkwi, bez liturgii, bez modlitwy i postów.

Dlaczego? Dlatego, że każdy z nas na jakimś etapie swego życia zrozumiał, że istnieje coś wyższego, szlachetniejszego, piękniejszego niż to, co jest w stanie stworzyć sam człowiek. Że istnieje świat bez grzechu, że zło, w którym jesteśmy zanurzeni, które czynimy, nie może nad nami panować. Że nie jest naszą naturą, naszym przeznaczeniem i powołaniem. I nie tylko naszą, ale każdego człowieka. Że istnieje jakiś sens wszystkiego tego, co nas spotyka. Jakiś cel. A przede wszystkim byliśmy w stanie skosztować tego na tyle, żeby móc powiedzieć – nie, nie szkoda nam życia na podążanie za tymi wartościami. A ocena otoczenia? A presja większości? To pojęcia względne – nie zawsze większość ma rację.

Za kilka dni przeżyjemy (jak Bóg da) święto Jordanu, czyli Chrztu Pańskiego. Ewangelista Marek, rozpoczynając swą księgę, opowiada właśnie o tym. O jednym człowieku, który był w stanie pociągnąć za sobą tłumy. Porwać najpierw swą osobowością, potem słowem tłumy ludzi, pogrążonych w grzechu, w nieprawościach, z pewnością nie świętych, takich, jak każdy z nas. Widząc św. Jana Chrzciciela, bo o nim mowa, ludzie spotkali się z inną rzeczywistością, zobaczyli, że w człowieku może zamieszkać coś wyższego, szlachetniejszego, bardziej wzniosłego, do czego grzech po prostu nie pasuje. Mało tego, ów dziwny przybysz, odziany w wielbłądzią skórę, mimo swej zauważalnej wielkości i wyjątkowości mówi: „Jestem nikim. Jestem tylko głosem, przez który mówi mocniejszy ode mnie”. Bez cienia pychy, wyniosłości, poczucia władzy. Nie każe za sobą iść, nie zmusza. Każdemu spotkanemu człowiekowi pozostawia wybór. Przychodzący za chwilę Jezus powie to samo: „Jeśli chcesz...”. To musi być szokiem dla tłumów – z jednej strony ludzie widzą, że ci przybysze mają w sobie ogromną moc, z drugiej nie przywykli, by ten, kto ma taką siłę, nie wykorzystywał jej do podporządkowania sobie tłumu. Do czerpania z niej zaszczytów, przywilejów. Zaskoczeni tym ludzie pytają o drogę, jaką mają podążać, o wskazówki, które im pomogą iść w tym upragnionym kierunku: „Co mamy czynić?” „Nawróćcie się”.

Podczas liturgii Chrztu Pańskiego tradycyjnie poświęcana jest woda, którą potem zabieramy do domów, ale najpierw dość obficie korzystamy z niej w cerkwi. Można się jej napić, można się nią obmyć. Kto choć raz doświadczył tego uczucia, wie, o czym mówię. To dotknięcie czegoś czystego, świętego jest dla człowieka tak nieoczekiwane, że nawet nie do końca w pierwszej chwili rozumiemy, co jest w tym dotknięciu dziwnego. Na tyle przywykliśmy do grzechu, zła, brudu… Jakże często mówimy – jesteśmy dobrymi ludźmi, takimi jak wszyscy, nie zabiliśmy, nie ukradliśmy… W ogóle, dlaczego mamy doszukiwać się w sobie grzechu? Co to w ogóle za pojęcie? Jesteśmy czyści. No, w miarę… A jednak… Grzech w języku biblijnym często występuje jako plama. Cóż, wyjdźmy w białym ubraniu na miasto. Jak długo tak pochodzimy? Mimo że nie będziemy mogli sobie przypomnieć jakichś specjalnych sytuacji, w wyniku których zaplamilibyśmy sobie ubranie, po powrocie do domu już będzie nadawało się do prania. Niestety, dzisiejszy człowiek zapomniał, że może być czysty i plamy uważa za swój stan naturalny. Plamy mogą pochodzić nie tylko z zabójstwa czy z kradzieży. Ile grzechu może rodzić się w sferze niematerialnej? Nienawiść, pożądliwość, pogarda, kłamstwo to coś, czego nie widać. A przynajmniej na pierwszy rzut oka. Pycha, egoizm to już głęboko skryte ludzkie słabości. To, że są skryte gdzieś w głębi, miałoby oznaczać, że ich nie ma? Że nas nie dręczą? Że nie zatruwają życia i nam, i innym? I o tym mówi św. Jan Chrzciciel: „Nawróćcie się” dla dobra nie Boga, a nas samych. „Nawróćcie się” oznacza zmianę sposobu życia, postrzegania siebie i całego świata. Z przyjściem św. Jana Chrzciciela i następującego po nim Zbawiciela zostaliśmy powołani, by stać się dobrymi. A jeśli człowiek staje się dobry, dobre powinny stawać się też jego uczynki. Jak pisze św. Łukasz: „Dobry człowiek z dobrego skarbca swego serca wydobywa dobro, a zły człowiek ze złego skarbca wydobywa zło” (Łk 6,43).

Przypomnijmy sobie, jakie znamy najstarsze życzenia na Boże Narodzenie? Chyba „Wesołych świąt!”, nie tak? Czym miałyby być wesołe? Wesele, radość to uczucie, które wlewa się do ludzkiego serca, kiedy Bóg jest blisko. Jezus się rodzi, przychodzi do ludzi – Emmanuel, Bóg z nami – bliżej już nie można. I jeśli tylko nie będziemy się skutecznie się przed nim bronić lub od niego uciekać – rozgrzeje nasze serca! Potrzebujemy takiego ciepła, by nasze zamknięte, przestraszone serca odtajały. Poczuły, że jest ktoś, komu na nas zależy. Podczas świąt jakże jesteśmy chętni do pomocy! Jakże ofiarni Jakże szlachetni! Dobitnie świadczą o tym sukcesy wszelkich akcji pomocowych – dla samotnych dzieci, dla bezdomnych, dla poszkodowanych przez wojnę… Chętnie pomagamy, bo nasze serce staje się w tym okresie miękkie i ciepłe, ale dlaczego nie chcemy dać pomóc sobie samym? Wykorzystać tej szansy? Boimy się. Boimy się, że będziemy musieli coś zmienić. Cały układ naszego życia. Żyjemy przecież według pewnych wartości i porządku, zostaliśmy spasowani jak klocek do układanki dzisiejszego świata. I dzięki temu mamy możliwość jakoś w tym świecie bez większych zgrzytów funkcjonować. „Nawróćcie się, zmieńcie sposób myślenia!”. Świat się zmienia i to bardzo szybko. Jego wartości również. Znamy to, chociażby z naszej najnowszej historii. Przecież jako chrześcijanie nie mieszkamy w rezerwacie, oderwani od świata i jego problemów, odizolowani od wszystkiego. My też jesteśmy w pewnym sensie trybami w jego mechanizmie. Musimy jakoś żyć. Jak? Odpowiedź na to pytanie nie jest łatwa, ale jeśli się powiedziało „A”, trzeba powiedzieć i „B”.

Bóg nie obiecuje życia lekkiego, łatwego i przyjemnego. Na odwrót – z racji różnicy wyznawanych wartości i sposobu życia napięcie między światem a chrześcijanami zawsze będzie widoczne. To trudna materia, jest w tym sporo naszej winy, jesteśmy jako chrześcijanie zbyt leniwi. Kościół, kierowany nie Duchem Świętym, a ambicjami i pychą niektórych przywódców w swej historii również miewał gorsze okresy. Ale to nie jedyna przyczyna. Świat nie chce takich ludzi, bo mogą stać się solą w oku, bo będąc obracanymi w trybach społeczeństwa, będą zbyt mocno zgrzytać, narażając gładko funkcjonującą machinę na ryzyko awarii. Weźmy za przykład świętych. Znakomitą większość z nich stanowią ludzie, którzy wiele przeszli – okrutnie prześladowani wyznawcy, męczennicy. I za co ich z taką zaciekłością zwalczano? Czym zasłużyli na cierpienia i śmierć? Na wyłączenie, usunięcie ze społeczeństwa? Mordowali? Kradli? Rabowali? Domagali się władzy? Namawiali do zła? Zdecydowanie nie. Zacytujmy fragment Listu św. Jana Teologa, który pyta: „A dlaczego [Kain] zabił [Abla]? Ponieważ uczynki jego były złe, a uczynki brata jego sprawiedliwe. Nie dziwcie się [więc] bracia, jeżeli was świat nienawidzi”. (1J. 3,12 i n.). Smutne to…

Ale powróćmy do owego „B”. Czy nie świętujemy? Owszem. Życzymy sobie „Wesołych, radosnych świąt” (z ich prawdziwą radością) i szczęśliwego Nowego Roku. Takie „pobożne” życzenia. I znowu mała refleksja – dziś „pobożne” życzenia oznaczają życzenia bez pokrycia, nie do spełnienia, nierealne. A szkoda, ponieważ składając te życzenia, nie zapominamy „pobożnie” poprosić o to Boga w noworocznej liturgii. Dziękujemy za rok ubiegły i prosimy Tego: „który w swej władzy ustanowił czasy i lata, który wszystkim rządzi w swojej mądrej i łaskawej Opatrzności, aby pobłogosławił wieniec nadchodzącego roku swą łaską, aby dał dobrodziejstwa z wysoka całemu Swemu ludowi, zdrowie i zbawienie – wszystkim łaskawą pomoc”.

Wdajmy się w krótkie rozważania. Ciekawe, na co liczy człowiek, składający życzenia zdrowia i radości bez odwołania się do Boga? Lub wręcz negujący taką formę składania życzeń? Gdzie miałoby się znajdować źródło owych łask? Fatalne, a więc nieuchronnie złe Fatum? Słowiańska Dola? Greckie Mojry? Rzymskie Parki? Ale to już świat bóstw, przepustką do którego jest wiara. Taka czy inna, ale wiara. Może to tylko przesąd? Ale i przesąd jest pewnego rodzaju wiarą. A to już nie jest świat poznawalny. W takim razie (niechby i podświadomie czy nieświadomie) odwołujemy się do świata z definicji „świętego”, skierowanego ku górze. Do świata, który negujemy! No dobrze, może i posunąłem się za daleko w tych rozważaniach. Dajmy krok wstecz i pozostańmy przy życzeniach – życzymy komuś dobrze. Słownik etymologiczny naszego pięknego języka takie postępowanie nazwie uwaga - „błogosławieństwem” z silnym wydźwiękiem czy też odwołaniem do sił nadprzyrodzonych, czyli komuś błogosławimy. O ironio! Niewierzący włodarz miasta składając życzenia noworoczne, błogosławi swemu ludowi… To ci dopiero niespodzianka! A jeśli poważnie – wypowiadamy słowa, czując, że stoi za nimi jakaś siła. Dla nas, chrześcijan, sprawa jest oczywista, ale dla materialistów to niemały problem. Konia z rzędem temu, kto ją zdefiniuje...

Ale wróćmy do naszego „B”. Czy nie tracimy bliskich i kochanych ludzi? Tracimy, a jakże. Ale zwracając się do Boga słowami: „Niech będzie wola Twoja” rozumiemy (czasem z ogromnym bólem i nie od razu), że istnieje jakiś Boży plan, którego sens na dziś jest dla nas zakryty. Ktoś spyta - skąd mamy taką pewność? Odpowiem pytaniem: dlaczego tak łatwo jesteśmy gotowi zmarginalizować czyjeś osobiste doświadczenie spotkania z Absolutem? Doświadczenie setek i tysięcy innych ludzi? Spisane i udokumentowane relacje nie szaleńców, wariatów, obłąkanych, wręcz przeciwnie – ludzi o umysłach tak wielkich, że my (tu nieco brutalnie posłużę się wyrażeniem św. Jana Chrzciciela) nie bylibyśmy godni rozwiązać rzemyka u ich sandałów: Pascal, Łomonosow, Pawłow, Kopernik, Bach… Dlaczego więc to odrzucamy? Tylko dlatego, że przeczy naszym sądom? Powszechnym trendom? My widzimy piękno tego świata, ale pamiętamy, że to tylko słabe odbicie piękna ponadczasowego, wiecznego. Szukamy pojęć nie względnych, lecz absolutnych. Poza tym nie wszystko to, co na tym świecie piękne, jest zarazem dobre. Pamiętam niedawno oglądany wywiad z hitlerowskim żołnierzem, pacyfikującym powstańczą Warszawę. Z ogromnym, przejmującym zachwytem i wzruszającą wręcz artystyczną wrażliwością opowiadał o pięknie łuny nad trawionym pożarem zrujnowanym miastem.

Samo chodzenie do cerkwi nie daje zbawienia, często nie żyjemy przykładnie... I to jest nasza słabość. Tak, mamy je, tak, jak inni ludzie. Ale my wiemy, że nie są one dla nas właściwe, szukamy wyjścia. Nie grzeszymy? Grzeszymy, a jakże. Większość naszych niepowodzeń bierze się stąd, że próbujemy Bogu narzucić swoją wolę, a nie czynić wolę Bożą. Niestety. Ale przynajmniej nie uważamy tego za stan właściwy człowiekowi. Padamy, podnosimy się i staramy się iść dalej. Znów padamy, ale wstajemy. I to jest ten wysiłek chrześcijanina. Dostrzegamy grzech, lecz przede wszystkim staramy się widzieć go w sobie. Dostrzegamy nasze słabości i staramy się zmieniać na lepsze. Wiemy też, że aby się tak stało, musimy zaczerpnąć czegoś z zewnątrz, czegoś ze sfery „ponad ludzkiej”, „świętej”. To również jest trudne – do tej pory często mówiono nam, że to człowiek jest panem swego losu.

Tyle tego, słowem same trudności. A co w zamian? Skąd ta radość, o której pisałem na początku? Zerknijmy do Ewangelii wg św. Jana, rozdział 16: „rozraduje się serce wasze, a radości waszej nikt wam nie zdoła odebrać” (J 16,22). Historia chrześcijaństwa w Łukaszowej Ewangelii rozpoczyna się z pozdrowienia Marii przez archanioła Gabriela. Posłaniec mówi do niej: „Raduj się…!” (Łk 1,28). Od tej chwili głoszona jest już Dobra, a więc Radosna Nowina, a my jesteśmy jej i odbiorcami, i apostołami zarazem. Nie zapominajmy o tym!
 
Wersja audio

Za: cerkiew.info